romek
środa, 11 maja 2022, 10:58

Książka / „ZAGRAĆ w barwach Barcelony” – fragment

… Oczami wyobraźni widziałem jak piłka wbija mnie w siatkę, a gawiedź dookoła boiska rechocze do całkowitej utraty przytomności umysłu, nie bacząc na deszcz i wiatr. Ale gwiazdor niestety miał pecha, bo podbiegł do piłki i walnął nieszczęśliwie. Piłka mu strasznie zeszła z nogi i …lotem błyskawicy popędziła w moim kierunku, a ja instynktownie, broniąc własnego życia złożyłem pięści i odbiłem ją przed siebie, futbolówka poleciała przed pole karne. Gola nie było. Oczywiście fajtnęło mną jakby mnie wierzgnęła kopytem najnoturliwsza kobyła w gminie, lecz szybko się pozbierałem i wróciłem do bramki. Od tego momentu miejscowi oddali na moją świątynię może nawet pięćdziesiąt strzałów, ale nie wbili mi żadnego gola. Pływałem w jeziorze, wybijałem piłkę z bramki nogami i rękami, odbijałem głową… I nic im już nie weszło. Moja bramka była jak zaczarowana. Mieli tyle stuprocentowych okazji, że z powodzeniem mogli wygrać ponad pięćdziesiąt do zera. Kibice wręcz naśmiewali się z ich niemocy, co i rusz kiwając łepetynami z niedowierzania. Stałem się bohaterem meczu. Obroniłem karnego, a fama o moich wyczynach szybko rozeszła się po okolicy.

Kilka lat później. W poniedziałek.

Siedzieliśmy w rowie niedaleko skrzyżowania. Dżeki z Bomblem opowiadali o sobotniej zabawie w Siewalce i choć nie mieli specjalnie ciekawych historii do zrelacjonowania, to słuchaliśmy ich z uwagą. Ot, ktoś rozbił w bufecie kufel z piwem na głowie Pieszczocha, co go tak wnerwiło, że zaraz zmarnował na czaszce rywala postawioną wcześniej na stole i nietkniętą butelkę żytniej. I o to właśnie wszyscy mieli do niego, już po wycofaniu się na strategiczne pozycje, najwięcej pretensji.

Zbliżał się wieczór, słońce powoli kończyło swój codzienny bieg i chowało za horyzont. Poniedziałek był podobny do innych poniedziałków w Cuplach jak dwie krople wody. W pewnej chwili usłyszeliśmy w oddali jakieś bełkotliwe głosy. Po kilkunastu minutach minął nas młody chłopak, który był solidnie nabzdryngolony, ale szedł dosyć równo. Zdziwiło nas, że szedł sam, bo wcześniej słyszeliśmy kilka głosów. Bandzior nadal opowiadał o ucieczce z zabawy przed zemstą miejscowych. Nagle jego słowa przeszył brzęk rozbijanej szyby, po chwili drugi, trzeci. Zaraz potem przyleciał Sławek Spojda z wiadomością, że jakiś pijaczyna wali kamieniami w okna przystanku pekaesu. Zerwaliśmy się…

Rzeczywiście, w wiacie nie było już kilku szyb i to tych największych. Kusy dostrzegł w ciemnościach sylwetkę nieznajomego. Był ponad trzysta metrów od nas.

– Gonimy! – wrzasnął.

Ruszyliśmy. Sławek Spojda, Pieszczoch, Kusy i ja piechotą, Dżeki i Bandzior rowerem.

– Brać go żywcem – zlecił Kusy, a Spojda od razu dodał: – Nie bijcie bez rozkazu, bo najwyżej odprowadzimy go na komendę.

Nieznajomy usłyszawszy tupanie po asfalcie, obejrzał się i zrozumiał że jest ścigany. Dżeki już go wtedy dopadał, a nawet złapał za rękaw wrzeszcząc bezmyślnie:

– No co palancie, te szyby trzeba będzie wstawić!

I wtedy ten łobuz wyrwał mu się z uścisku dając dyla na pola. My byliśmy już tylko około stu metrów od nich. Kusy wściekł się na niekompetencję Dżekiego, zabrał mu rower i zdecydowanie zmienił rozkazy…. / koniec


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.