romek
środa, 10 lipca 2019, 14:51

LEKSYKON lubelskiej piłki @ Waldemar KAMIŃSKI, czyli historia o tym, że w Zabrzu też marnują piłkarskie talenty

Ostatni tytuł razem z Markiem Kostrzewą z lubelskiego  celebruje – TEN, o którego Górnik Zabrze walczył tak zaciekle jak Borussia z Bayernem o Lewandowskiego… Waldemar Kamiński ma wówczas 19 lat i w czterech mistrzowskich meczach strzela 3 gole. Piłkarskie salony stoją przed nim otworem… Dzisiaj z wściekłością czytam jego historię. Ktoś mu te karierę – po prostu – spieprzył (przepraszam za wyrażenie).

Wokół transferu tego piłkarza z Lublinianki do Górnika Zabrze do dzisiaj krążą opowieści o posmaku sensacji. Podobno działacze Górnika od dawna obserwowali Kamińskiego, trzymając w tajemnicy fakt, że odkryli następcę Lubańskiego. Sam Stanisław Oślizło jeździł na wyjazdowe mecze Lublinianki o incognito obserwował piłkarza. Z jego zakupem zwlekano, aby wynegocjować najniższą cena. Kiedy jednak fama o talencie zawodnika z Wieniawy zaczęła się rozprzestrzeniać, nie było wyjścia. Górnik zakupił filigranowego i sprytnego jak Szołtysik, a także przebojowego jak Lubański piłkarza Lublinianki.

Takich spotkań na Wieniawie zagrał kilka. Do Lublina przyjechał Stanisław Oślizło, Kamiński pojechał do Zabrza.

+++

W 1987 roku Waldemar Kamiński stawił się w Zabrzu, w zespole mistrza kraju od 1985 roku. Jego nazwisko było już znane, może nawet na wyrost wykreowano go  na gwiazdę. Przez kilka miesięcy miał się przyglądać mistrzom i walczyć o miejsce w składzie. Bywało różnie – raz wystawiano go na kilkanaście minut, innym razem nie wychodził na boisko w ogóle. Cierpliwie czekał. Czasem myślał, że starsi koledzy pilnują swoich miejsce w zespole ni nie będzie mu łatwo się przebić. W końcu byli trzykrotnymi mistrzami Polski. Obawiał się, że nawet jeśli trener wystawi go w składzie, to wystarczy jedno, dwa podania „na zakrztuszenie się” powietrzem i pryśnie mit o jego super-talencie. W taki sposób wytrawni gracze niszczyli przedwczesne talenty. Kamiński wierzył jednak w siebie. Stresy przezwycięża praca, a kiedy zatęsknił z Wieniawą, wsiadał w malucha i gnał prze Polskę do Lublina. Tutaj miał przyjaciół z którymi dzielił się problemami. Opowiadał o wielkim Górniku…

Kiedy  jednak po kolejnych miesiącach zaczął analizować swoją sytuacje wychodziło na to, że przy trenerze Janie Kowalskim nie wywalczy miejsca podstawowym składzie Górnika. Jak każdy trener faworyzował „swoich”.

– Na układy nie ma rady – myślał wówczas, lecz psychicznie był na huśtawce nastrojów. Bycie „wiecznie utalentowanym rezerwowym” to niezbyt ciekawe określenie dla piłkarza z ambicjami i łątką talentu na miarę gwiazdy. Był rozdarty wewnętrznie, gdyż w Zabrzu miał już mieszkanie i ustawiał sobie życie. Ale piłkarskie fakty były bolesne – tylko  meczów w pełnym wymiarze czasowym w cztery lata gry nikogo by nie zadowoliło. Nawet jeśli w międzyczasie było mistrzostwo Polski w 1988 roku.

W 1993 roku zdecydował się wrócić do Lublina. Motor potrzebował pomocy i wypożyczył go na sezon razem z Witoldem Czekańskim. Stworzyli całkiem ciekawy duet, strzelali bramki… Jednak wypożyczenie się skończyło i musiał wracać do Zabrza. Tu dowiedział sie, że jest wypożyczony do Krisbutu Myszków. Epopeja „wielki talent” trwała w najlepsze. Ten talent zapewne niszczył ligowy mechanizm. Mechanizm, który „toczył” futbol od dawna.  Byliśmy mistrzami w marnowaniu talentów.

– Kamiński jako małolat był gwiazda, ekstratalentem, pewnie nie chciał w Zabrzy nosić butów za gwiazdami, tak jak Lubański nosił za  Ernestem Polem – mówili kibice w Lubinie. – Wypackali wiec prowincjusza ze składy i systematycznie uśmiercali marzenia i wielkiej grze.

Górnik Zabrze 1991 – Waldemar Kamiński siedzi trzeci z prawej.

Może jest w tym trochę racji. Nie pierwszy to talent z Lublina, który już na starcie ligowej przygody został tłamszony. Jacka Figla holenderskie gazety po jednym z turniejów juniorów porównywały doi Johanna Cruyffa i Deyny razem wziętych. Piotra Bielaka, mistrza Europy juniorów „obwożono: po klubach Europy był mistrzem świat seniorów. Zaliczył kilka nieudanych transferów i wrócił do Lublina. A wówczas powinien – po prostu – grać. Byli i inni…

Waldemar Kamiński, super talent z Lublina przeszedł do historii naszej piłki. Grał w Myszkowie przez wiele lat, tutaj tez rozpoczął przygodę z trenerka. W pamięci pozostaną jego kapitalne rajdy po skrzydle, ośmieszanie obrońców i mecze w których strzelał po kilka bramek. To, że był nawet mistrzem Polski i grał w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych przeciw takim klubom jak Real Madryt na Santiago Bernabeu, czy Hamburger SV, szczególnej chluby mu nie przynosi. Ledwie „polizał” świata wielkiej piłki. A wszystko mogło się potoczyć inaczej. Przecież Górnik mógł ograć Real Madryt. Zabrakło 13 minut. Po 0:1 w Polsce w Hiszpanii podopieczni Marcina Bochynka nie poddali się nawet po bramce Hugo Sancheza w 27 minucie. Gole Piotra Jegora i KrzyszofaBarana ustawiły mecz na poziomie historycznej sensacji. Do 77 minuty Górnik prowadził 2:1. Po latach Marcin Bochynek, trener Górnika powie prasie:

– Chyba jedyny raz czułem się na ławce bezradny. Spojrzałem na rezerwowych graczy i pomyślałem sobie: „co ja mam teraz robić?”. Powinienem był jak najszybciej wzmocnić obronę. Na lewej stronie boiska Grzanka był raz za razem ogrywany. Tymczasem miałem do dyspozycji Zagórskiego, Kosełę, Orzeszka i Kamińskiego. Wszyscy pomocnicy lub napastnicy. Nie miałem żadnego rozwiązania! Zrobiłem jakieś zmiany (na boisku pojawił się Kamiński), ale tak naprawdę one nie mogły niczego zmienić. No i straciliśmy dwa gole. Po meczu rozmawiałem z Berndem Schusterem. „No, mieliśmy dziś dużo szczęścia” – przyznał, a przecież jemu takie opinie niełatwo przychodziły. Zresztą, pochwały to było dla nas marne pocieszenie. Zmarnowaliśmy naprawdę wielką szansę. Bardzo ciekawie wspomniał Kamińskiego jeden z blogerów. Nazwisko nawinęło się, kiedy snuł opowieść na temat piłkarzy niewielkich wzrostem i ciałem, ale… No właśnie:

  – W Górniku kojarzę Waldemara Kamińskiego. Posturą i stylem gry piłkarz całkowicie „odwrotny” od Carrolla. Miał zaledwie 170 cm, ważył 17 kg mniej od Anglika, a do Zabrza przychodził z Lublinianki obwołany jednym z największych ówczesnych talentów polskiego futbolu. Widziałem jego bramkę w Zabrzu w derbach z GKS-em Katowice w marcu 1989 roku i do głowy by mi nie przyszło, że to jego ostatni (i zarazem zaledwie drugi) gol w ekstraklasie. Miał wtedy dopiero 20 lat… Potem pograł m.in. w Myszkowie, Sparcie Szczekociny i Pająku Wąsosz…

A ujmując rzecz astrologicznie – Waldek, chyba nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą (?).

Andrzej Kwiek; gdyby zamiast w Górniku pograł w Motorze, mógłby zajść znacznie wyżej

Waldemar KAMIŃSKI (ur. 30 sierpnia 1969 roku). Napastnik. Kluby: Lublinianka, Górnik Zabrze (mistrz Polski 1988), Krisbut Myszków, MŻKS Myszków, MKS Kyszków Sparta Szczekociny, Pająk  Wąsosz. Jeden z najbardziej utalentowanych napastników lubelskiej piłki. Albo za szybko zrobiono z niego gwiazdę, albo nie potrafił walczyć łokciami poza boiskiem w gąszczu układów, intryg, i podstępnych knowań.

LEKSYKON/HS

+++

Do Motoru Lublin „wpadli” z początkiem lat 90-tych. Mieli z Witoldem Czekańskim pomóc klubowi w odwróceniu marszu w dół i powrocie do I ligi. Było blisko – zabrakło jednej bramki w ważnym meczu. 

+++

Więcej po karierze sympatycznego piłkarza można poczytać, kiedy cyfryzacja zbliżyła dawne sprawy i problemy:

CYTAT z weszlo.pl:

…Jedną z wiodących postaci ówczesnego zespołu, cieszącą się sympatią widzów był wspomniany Waldemar Kamiński. Popularny „Kamyk” to symbol myszkowskiej piłki. Za młodu zdolny junior, zawodnik młodzieżowych reprezentacji Polski i mistrz kraju z Górnikiem Zabrze, w barwach którego już jako dziewiętnastolatek mierzył się w europejskich pucharach z wielkim Realem Madryt. W późniejszych latach, nie było mu dane mierzyć się z takimi rywalami, lecz w zamian Kamiński stał się symbolem i jedną z legend Myszkowa.

– Wszystko zaczyna się w Lublinie, to tam zaczynałem kopać, trafiłem do młodzieżowej kadry Polski, bywałem tam nawet kapitanem i wtedy wypatrzył mnie Górnik – wspomina Kamiński, dziś instruktor sportu w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji, a do niedawna trener rezerw i juniorów Myszkowskiego Klubu Sportowego, wcześniej Krisbutu. Rozpoczyna swą opowieść. – Trafiłem na Śląsk jako siedemnastolatek, a w szatni niemal sami reprezentanci Polski. Jan Urban, Komornicki, Wandzik, Robert Warzycha i kilku innych, ponadto dużo chłopaków z kadry młodzieżowej, min. Krzysiu Kołaczyk, z którym później graliśmy tu, w Myszkowie. Wtedy Górnik był naprawdę silny, przez te kilka lat przewinęło się jeszcze wielu dobrych piłkarzy. Andrzej Iwan, Ryszard Cyroń, Tomasz Wałdoch, czy Ryszard Staniek, towarzystwo naprawdę doborowe.

– Pierwszy sezon w Zabrzu to wiosna 1988 roku i czwarty z kolei, a jak do tej pory ostatni majster dla Górnika. W Pucharze Europy trafiamy na Jeunesse Dâ Esch z Luksemburga, a potem, ku naszej radości i przerażeniu zarazem przychodzi czas na wielki Real – kontynuuje Kamiński. Pierwszy mecz na pełniutkim Śląskim i po karnym Hugo Sancheza 1:0 dla nich. Z trybun Stadionu Śląskiego wygląda to nie tak strasznie, jak miało wyglądać. Nie załapałem się do meczowej szesnastki, ale na rewanż dwa tygodnie później jadę. Bernabeu jest wielkie, ale strasznie zaniedbane. Real to dla nas jednak inna bajka, taki Michel robi z piłką co chce, ale na kolejny gol Meksykanina, udaje się odpowiedzieć Piotrkowi Jegorowi. Przed przerwą wali z 20 metrów bombę w swoim stylu. W przerwie pomyśleliśmy, że skoro raz się udało, to czemu nie znowu. Cisną nas niemiłosiernie, ale już raz nam wpadło. Idzie kontra prawą stroną, centra do Krzysia Barana, piłka mija Sanchisa, strzał obok Buyo i prowadzimy w Hiszpanii! 2:1 dla Górnika w 54 minucie. Stadion w szoku, ledwie w połowie zapełniony, bo mało kto normalny w Madrycie myślał, że będzie się tu coś ciekawego działo, a tu proszę – Real ma nóż na gardle. Za głowę się można złapać jak się przypomni kto tam grał. Prócz tych wymienionych byli jeszcze Schuster, Butragueno, Gordillo, a co ciekawe trenerem był nasz Leo Beenhakker. Real gniecie coraz bardziej, chłopaki zaczynają oddychać rękawami. Siedzę cały w nerwach, kwadrans do końca i trener Bochynek nagle mówi – Kamyk do zmiany ! No to kaplica, myślę sobie. Ściągam dres, podchodzę do linii, czekam, a Michel wypuszcza kolegę po prawej w uliczkę, podanie do środka i Butragueno na granicy spalonego od poprzeczki wyrównuje. Zmieniam ledwo żywego Janka Urbana i zaczynamy od środka, nie ma strachu, ale nie ma też pomysłu Chwilę później podaje Robek Warzycha, udaje mi się urwać obrońcom, biegnę sam na sam na Buyo, rany boskie, myślę jak strzelać i w ostatnim momencie Sanchis czyściutkim wślizgiem wygarnia mi piłkę sprzed nóg . Dobrze kryty nie stwarzam już żadnej sytuacji, a parę minut później Sanchez ładuje nam bramkę po raz trzeci i jest po meczu. Nie udaje się dostać koszulki i do Polski jedziemy z niczym. W szatni wkurwienie, bo kto by pomyślał, że my na Santiago Bernabeu włożymy im dwie bramki ?

Waldemar Kamiński w MKS Myszków / foto – mksmyszkow.boo.pl

Gra w tak młodym wieku przeciwko Realowi może zawrócić w głowie?

Pewnie, że może, ale to nie było tak. Ja naprawdę skupiałem się na piłce. Oczywiście wiedziałem, z kim gramy, ale szczerze mówiąc nie plątało mi to jakoś nóg. Byliśmy zatrudnieni w kopalni, jako młody łebek chodziłem jeszcze do szkoły. W drużynie było kilku starszych zawodników, więc jeśli bym szalał, miał mnie kto opieprzyć. Na pewno na brak piłkarskich autorytetów nie mogłem narzekać. Jeśli czegoś brakowało, to czasu właśnie na szkołę. W Zabrzu naprawdę było ciężko się przebić. Z przodu byli Cyroń z Urbanem, a chłopcy spoza Śląska mieli dodatkową górkę do przeskoczenia. Wtedy grałem regularnie w młodzieżówce, w lidze uzbierało się też kilka spotkań. Trzecie miejsce w lidze, potem mecze w Pucharze UEFA z Juventusem Turyn, który też miał na przykład takiego Zawarowa, Schillaciego czy Rui Barrosa. Nie było źle. Następny sezon był niestety właściwie stracony. Kontuzja ręki, długi czas rehabilitacji, a właśnie wtedy nie miał kto strzelać bramek. Wyjechał Urban i była szansa wskoczyć do składu na stałe. Zagrało się kilka meczy, później wyjazd na kadrę i znów walka o miejsce. Było, minęło.

W kadrze grał pan w różnych kategoriach wiekowych, była szansa załapać się na Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku?

Szansa była jak najbardziej, przez pewien czas byłem kapitanem tej reprezentacji, były brane miary na garnitury. Niestety, pod koniec wypadłem z kadry, pojechali inni, zrobili wynik. Wynik poszedł w świat. Można tylko żałować, selekcja była ostra, taki Wojtek Kowalczyk wskoczył w ostatniej fazie, a co dalej było, to wiemy/ koniec cytatu.


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.