romek
czwartek, 5 lipca 2018, 05:52

ZAPACH wiatru… – opowiadanie.

Damka lat 70-tych. Przedmiot marzeń małolatow śledzących Wyścig Pokoju.

CYTAT:

… Miałem może dziewięć, może dziesięć, może jedenaście lat, koniec lat sześćdziesiątych, królem dróg  był rower. Dawał wolność, można się było nim pochwalić przed kolegami, a jazda przynosiła siłę dumy. Co tam, można się było ścigać. Ponieważ nie było wielu rowerów, trzeba było się ścigać na jednym. Ale od czego ma się pomyślunek – przecież można się ścigać na czas. Komisja miała zegarek ruchla z sekundnikiem, a zawodnik musiał okrążyć wiś dookoła i wrócić na metę. Czas mierzony komisyjnie ustalał króla roweru. Król panował do odwołania, do chwili, aż nie nadchodził wyścig pokoju i nie obwoływano nowej walki o miano króla dwóch kółek. Poza tym, jazda na czas dawała jakąś sprawiedliwość, bo wyścig peletonowy stawiał tych którzy jechali damkami na niewielkich kołach, na z góry straconych pozycjach. Nie mieli szans z posiadaczami „ukrain”.

Na niebezpieczeństwa nikt nie zważał, co tam. Tylko dwieście metrów szosą publiczną Lublin – Kraśnik, gdzie zobaczenie „lublinka”, „warszawy”, lub autobusu było całodniowym wydarzeniem. Można było naliczyć samochodów najwyżej na palcach rąk przez dobę.

No więc któregoś majowego dnia, przed wyścigiem pokoju ustaliliśmy kolejne mistrzostwa jazdy rowerem. Przed tym mistrzem był „mucianciaj”, cioteczny brat. Z racji czarnych loków i czarnej cery wcześniej „murzynem bambo” nazywany.

Kilka kilometrów jazdy dookoła wsi, z miejscowym zjazdem z żużlówki do Bradawczyka, przez gać, na najgorszy odcinek wybrukowany kamieniami jak starożytny rynek. Tutaj trzeba kombinować, albo najlepiej było jechać wyboistymi poboczami. Ale kiedy tymi poboczami jechał wóz ze słomą lub sianem, niestety należało ominąć, oczywiście tracąc cenne sekundy. Ominąć po bruku. Jeśli ktoś miał szczęście – mógł nie spotkać  przeszkody w ogóle, jeśli nie miał szczęścia – mógł napotkać kilka takich wozów w lgach ze snopkami i żegnaj medalu za mistrzostwo jazdy na rowerze. Miesiące treningów i przygotowań szły w bruk…

Mój start poszedł znakomicie, już po kilku kilometrach miałem świetny wynik, co czuło się w nogach, a jeszcze bardziej dopingował fakt, że rywale dojeżdżali do metry mocno zdenerwowani tym, ze musieli mijać po bruku dwie trzy furmanki ze zbożem. Hee, wystarczyło przyspieszyć przez gać, naszą słynna żużlówkę  długości około kilometra – obrośniętą naszymi najwspanialszymi bagiennymi drzewami, olszynami. Przez żużlówkę zasuwało się podwójnie szybko, bo wilgotne powietrze dodawało skrzydeł i pary w nogach / koniec cytatu

hs

Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.