romek
środa, 6 maja 2015, 06:59

Prasa * KRONIKA TYGODNIA / Orzech po wydaniu (o sporcie i nie tylko)…

orzechowski-600x250Siła marketingu jest niesamowita. Nawet słabej jakości produkt można opakować, zawinąć w sreberko i po prostu korzystnie sprzedać. Robota jaką Polski Związek Piłki Nożnej wykonał przy okazji „odchamiania” rozgrywek Pucharu Polski jest naprawdę godna uznania.

* * *

Puchar Polski dumnie nazywany jest Turniejem Tysiąca Drużyn, ale w ostatnich latach traktowany był jak piąte koło u wozu. Trenerzy z reguły mieli te rozgrywki w głębokim poważaniu, jak choćby Franciszek Smuda, który stwierdził, że porażek w PP nawet nie bierze pod uwagę. Były selekcjoner olewał te rozgrywki w sposób tak sugestywny, że aż żal było patrzeć.

Czy było to postępowanie uzasadnione? W pewnym sensie PZPN sam sobie na to zapracował organizując finały w różnych, często przypadkowych miejscach.

Zbigniew Boniek postawił sobie trudne, karkołomne wręcz zadanie, aby z Pucharu Polski zrobić marketingowe cacko. Wiadomo, że z dnia na dzień nie mógł odmienić świadomości ludzi, ale najważniejsze, że pojawił się wreszcie jakiś pomysł. Kluczowym elementem tego planu był Stadion Narodowy. „Zibi” ubzdurał sobie, że właśnie na tej arenie pozbawionej zasieków, ostrokołów, fos i drutów kolczastych kibice Legii i Lecha będą mogli kibicować swoim drużynom, a przy okazji nie dojdzie do rozlewu krwi, tak jak miało to miejsce przed paroma laty w Bydgoszczy. Niedoścignionym ideałem są oczywiście Wyspy Brytyjskie, gdzie na Wembley przy pełnych trybunach rozgrywane są finały Pucharu Anglii, Pucharu Ligi czy baraże o wejście do Premier League. Nowe Wembley jest mekką futbolu i nikt nie śmie tam bruździć.

Boniek i jego ekipa mieli nadzieję, że żaden ultras też nie odważy się zbrukać Narodowego i zajmie się kibicowaniem. Przeczytałem gdzieś, że sobotni mecz Legii z Lechem będzie testem na normalność. Bo w strefie neutralnej zasiądą obok siebie kibice w białych i niebieskich koszulkach. Byłem, widziałem i mogę śmiało stwierdzić, że nie jesteśmy tak popapranym narodem, jak niektórzy próbują nam wmówić. Że potrafimy uszanować pewne miejsca, zrozumieć pewien przekaz i po prostu bawić się futbolem.

Legia Legią, Lech Lechem, ale przede wszystkim było to święto wszystkich polskich kibiców. Tych na stadionie i tych przed telewizorami.

Tak, to było ŚWIĘTO. Nie będę oryginalny w swojej ocenie, ale tak właśnie czuję. 45 tysięcy ludzi na stadionie czuło, że są naocznymi świadkami narodzin nowej jakości w polskim futbolu. Szczerze, to nie bardzo pamiętam tego co działo się na boisku, bo głowa latała raz w jedną raz w druga stronę. Biała ściana za bramką Legii, niebieska – za bramką Lecha. Pojedynek na przyśpiewki, na oprawy, na race. Kto głośniej, kto bardziej kolorowo. Oczywiście były też bluzgi, ale nikt nie spodziewał się wymiany uprzejmości pomiędzy kibicami, którzy zrobili armaggedon na stadionie w Bydgoszczy. Wszystko jednak odbyło się w dopuszczalnych ramach. Dużo gorzej pod tym względem wypadli niedawno kibice AMPSN Hetmana i Łady, którzy niemal przez cały mecz sobie ubliżali.

PZPN ubrał nieatrakcyjną pannę, której nikt nie chciał w modne fatałaszki i jej akcje momentalnie poszły w górę. Umowa z Polsatem, misternie dopracowane ceremonie losowania kolejnych faz, współpraca z Pucharem Tymbarku – to wszystko składa się na bardzo sympatycznie wyglądającą całość. Mam wreszcie przekonanie, że w piłkarskiej centrali pracują właściwi ludzie, którzy znają się na swojej robocie. A usadzenie dwóch wrogich sobie grup kibicowskich bez potężnych płotów na najpiękniejszej arenie w kraju uważam za prawdziwy majstersztyk. Boniek przekonał wszystkich wątpiących: władze Warszawy, dyrekcję SN, wiecznie marudzącą policję, straż pożarną i inne sanepidy, że warto to zrobić właśnie w tym miejscu.

Nadzwyczajne środki ostrożności – setki radiowozów, armatki wodne, nawet śmigłowiec w powietrzu, a także policjanci na każdej stacji metra – wszystko okazało się zbyteczne.

Tuż po meczu przez przypadek wszedłem w tłum kibiców Legii wychodzących ze swojego sektora. Zobaczyłem młodych i starych, matki z dziećmi, niepełnosprawnych na wózkach. Wszyscy obowiązkowo na biało. I co? Po prostu kulturka, żadnej chamówy, jedni spokojnie szli do domu, inni umawiali się na winko w bramie, a co niektórzy próbowali zagadywać uzbrojonych po zęby policjantów.

Chciałbym dożyć chwili, aby finał Pucharu Polski stał się celem każdej biorącej w niej udział drużyny. Nie tylko nażelowanych i sytych gwiazdeczek z ekstraklasy, ale też piłkarzy Szczakowianki Jaworzno, Rakowa Częstochowa czy AMSPN Hetmana Zamość. Myślę, że taka reklama polskiej piłki zmieni postrzeganie tych rozgrywek. Wystąpić przy pełnych trybunach, przyjąć gratulacje od Zbigniewa Bońka i innych ważniaków, poczuć się choć przez chwilę jak wielka gwiazda. Czyż nie po to gra się w piłkę?

Błękitni Stargard Szczeciński, czyli klub z trzeciego szczebla rozgrywek byli o krok od zrealizowania swoich marzeń. Od finału zabrakło im raptem jednej bramki w dwumeczu z Lechem Poznań. Jednak mimo niepowodzenia, przez kilka tygodni o strażaku czy innym piekarzu ze Stargardu upokarzających gwiazdorów z ekstraklasy mówiła cała Polska. Trenera Błękitnych zaprasza do „Cafe Futbol” Mateusz Borek, do skromnego klubowego budynku pukali dziennikarze kolejnych stacji telewizyjnych. Taką przygodę może przeżyć każdy, wystarczy tylko zdobyć się na wysiłek.

kronikatygodnia.pl


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.