romek
poniedziałek, 16 marca 2015, 15:56

Historio! Zatocz koło!

bez tytułu

Nie będzie to zwykły tekst informacyjny, jakich wiele. Nie będzie to też typowa zapowiedź rundy wiosennej, chociaż do przyszłości będę nawiązywał.

1.

Zlepek liter i zdań, na które mam nadzieję poświęcicie państwo swój cenny czas, będzie sentymentalnym powrotem do lat młodości, a dokładnie czasów największej życiowej głupoty, czyli do lat gimnazjalnych. Właśnie do „gimbazy” uczęszczał autor tekstu, gdy opisywane za chwilę wydarzenia miały miejsce. Niektórzy już się pewnie domyślają o co chodzi, ale większość z pewnością nie ma pojęcia o czym będą owe wypominki. Gryf swoje mecze rozgrywa w Zawadzie, jest też klubem, który Echo ma pod swoimi skrzydłami, więc o poprzedniku naszego stowarzyszenia będzie ten tekst.

Cofnijmy się o niemal dekadę. Sezon 2005/06 ze szczególnym uwzględnieniem roku stojącego pod znakiem mundialu w Niemczech. To było dawno… Real Madryt był prowadzony przez dobrze wszystkim znanego Juana Ramóna Lópeza Caro, po zielonej murawie w składzie Borussi Dortmund biegały takie tuzy piłkarstwa jak Markus Brzenska, Marc-André Kruska czy Florian Kringe, a Legia Warszawa w składzie z komentatorem Canal+ Sport Marcinem Rosłoniem, Edsonem i Rogerem, Bartoszem Karwanem i Piotrem Włodarczykiem zdobywała mistrzostwo Polski, prowadzona przez skazanego później za korupcję Dariusza Wdowczyka. Lata świetlne, dawno, ale prawda. Ale skoro zapamiętałem ten sezon tak dokładnie, to musiał być jak José Mourinho. Wyjątkowy.

2.

Już po 4 pierwszych kolejkach okręgówki nasuwają się analogie do sezonu obecnego. 0 punktów, kiepskie nastroje, bolesne porażki. Pierwsze zwycięstwo w kolejce numer 5, brzmi znajomo, nieprawdaż? Wtedy Echo ograło na własnym stadionie Relax Księżpol 4 września, a w tym roku Gryf swój pierwszy komplet punktów zdobył ostatniego dnia sierpnia. Później było nawet gorzej. 10 punktów po rundzie jesiennej i ostatnie na półmetku miejsce w tabeli. Przegraliśmy nawet 1:3 z Aleksandrią Aleksandrów, która tydzień wcześniej została rozbita przez Roztocze Szczebrzeszyn… 18:0. Tak, słownie – osiemnaście do zera! Runda dramatyczna, tylko jedno domowe zwycięstwo i 3 remisy. Dobrze, że dzień przed wyjazdowym meczem z Krystałem Werbkowice z Anglii wrócił wiceprezes Gryfa Michał Burcon, bo dzięki jego dwóch golom udało się wygrać 2:1. Runda skandalicznie słaba, gorsza od tej, którą Gryf ma za sobą.

No i tu pojawia się iskra, a wręcz płomień nadziei przed rundą rewanżową. A wszystko przez wspomnienie rundy wiosennej z roku 2006, która była dla Echa jednym słowem genialna. Rundę tę wspominałem z kolegą tuż przed rozpoczęciem pracy nad tekstem. Tak, on też ma podobne wspomnienia. Nie tylko ja zapamiętam tę wiosnę już na zawsze.
Bez wielkich wzmocnień, zasileni głównie juniorami, zdobyliśmy naprawdę znaczną liczbę punktów. Ile? Gdybym napisał, to dalsze wypociny nie miałyby sensu. Nikt w drużynę nie wierzył, ale ona była dobrze przygotowana i wiedziała, że stać ją na wiele. Długie oczekiwanie na ligę, ale czekać trzeba było tydzień dłużej. Roztopy po śniegu nie pozwoliły na grę i przełożono pierwszą kolejkę. Jak się później okazało, tak miało być. Zaczęło się jednak od żartu. Dzień po pierwszym kwietnia, mecz o 6 punktów z walczącym o uniknięcie degradacji Orkanem Bełżec. Niestety, wyjazdowa porażka 1:2, i to wcale nie jest pierwszy aprilis, jak rzekłby prezes PZPN.

3.

Po takiej przegranej skrzydła mogły wydawać się podcięte, ale nie wypadły nawet pióra. Tydzień później rywal do przełamania był trudny, ale taki, z którym zawsze walczyło się na noże, dodatkowej mobilizacji nie było trzeba. Efekt? 3:0 przed własną publicznościa w derbowym starciu z Roztoczem Szczebrzeszyn. Ogromna sprawa. Co ciekawe, naszym trenerem był Piotr Kostrubiec, mieszkaniec Szczebrzeszyna, a 2 gole rywalom strzelił Artur Lipski… z Miasta Chrząszcza oczywiście. Miejscowi pijaczkowie mieli świetny powód, by wytłumaczyć żonom swój stan upojenia. I wcale nie musieli kłamać. Fakt, tego dnia alkohol spożywali nie tylko menele pod Baksem, pili chyba wszyscy dorośli (he, he) mieszkańcy Zawady i okolic.

Trzeba było pójść za ciosem. Wielka Sobota okazała się dla Echa taka, jak nazwa wskazywała. Kapitalne zwycięstwo 3:1 nad rezerwami Hetmana Zamość, okraszone niesamowitym golem Michała Burcona z rzutu wolnego. Tej rotacji nie zapomnę do końca życia. A może po prostu futbolówkę najzwyczajniej w świecie zwiało? Nieważne. 3 mecze, 6 punktów, ponad połowę tego co jesienią w meczach piętnastu. Dobrze się zapowiadało.

Ale żeby nie było tak różowo, czasami trzeba też przegrać. Wyjazdowa porażka 0:2 z Relaksem Księżpol z pewnością do najprzyjemniejszych nie należała. Później był domowy remis z Płomieniem Nieledew, pod hasłem nam strzelać nie kazano.

4.

Przyszedł czas na kolejne święto, a te szczególne dni wiosną 2006 roku były dla nas naprawdę szczęśliwe. Po Wielkanocnej Sobocie, przyszła środa 3 maja. Po wyjazdowej wygranej 4:0 z Omegą Stary Zamość, w której występował Romek Blonka, mogliśmy sparafrazować słowa narodowej pieśni i zamiast dla Polaków, krzyczeć dla Echa. Tak, to było błogie zwycięstwo, smakowało jak raj.

Później porażki 0:3 z Ładą Biłgoraj i 0:4 ze Spartakusem Szarowola, ale te 2 drużyny wyrastały ponad ligę, deklasowały rywali, przechodząc się po nich, jak słoń po mrówce.

No i nadszedł czas najbardziej chyba spektakularnego zwycięstwa. Uczniowie pierwszych klas gimnazjum z Zawady wyruszyli wtedy na wycieczkę do Czarnolasu, podążając śladami patrona szkoły Jana Kochanowskiego. Jedyne o czym marzyliśmy – przynajmniej ja – był jak najszybszy powrót, bo przecież o 17 seniorzy grali mecz z trzecią w tabeli Victorią Łukowa. Z miejscowości położonej między Puławami a Radomiem wyruszyliśmy około godziny 15 i jak się domyślacie, moja radość była ogromna. Obejrzymy prawie cały mecz! Na nieszczęście nauczyciele zadbali o zdrowe odżywianie swoich uczniów, czyli o stały punkt każdej niemal wycieczki szkolnej. Już wiecie o co chodzi. Tak, tak, w Lublinie zarządzili godzinną przerwę na konspumcję w Mc Donaldzie. Kto wtedy by pomyślał o maku w Zamościu… Moja nadzieja na powrót na mecz z każdą minutą ulatywała coraz mocniej, tym bardziej, że lejący deszcz nie pomagał kierowcy na wrzucenie piątego biegu. Wraz z kolegami ekscytowaliśmy się pseudo relacją telefoniczną, a gdy dzwonił mój srebrny sagem (modelu nie pamiętam, ale miał nawet możliwość odtwarzania plików mp3), telepaliśmy się na wieść o tym, że coś ważnego się wydarzyło. Na szczęście udało nam się dotrzeć na ostatnie – jak się za chwilę okaże najciekawsze – 15 minut. Wchodzimy na stadion, 1:0 dla Echa. Chyba dowiozą… 89 minuta i goście wyrównują. Było tak blisko. Ale ktoś kiedyś powiedział, że gra się 90 minut. Dodałbym, że nawet dłużej. 93 minuta, ogromne zamieszanie pod bramką gości i jakimś cudem Rafał Sołtys (chłopak z Płoskiego, z którego wszycy mieszkańcy kochali Echo miłością czystą) wciska piłkę do bramki. GOL, 2:1! Cały stadion oszalał, coś niesamowitego. Nie dość, że posiedziałem pod słynną lipą pana Janka z Czarnolasu, zjadłem szczęśliwy posiłek z maka, to jeszcze ukochana drużyna wcisnęła w 93 minucie zwycięskiego gola. Happy meal, happy win, happy day.

5.

W weekend już tak dobrze nie było, bo przegraliśmy 3:4 z Koroną Łaszczów, która rozgrywki zakończyła na 3 miejscu. Najciekawsze w tym meczu były butelki po piwie przelatujące nad głowami nas, czyli juniorów, głośno dopingujących swoich starszych kolegów. Trochę się Koroniarzy najechało do Wożuczyna, bo w Łaszczowie budowano im stadion, i czepili się Bogu ducha winnych chłopaków. Nikt nie dostał, więc nie narzekaliśmy. Wesoło chociaż było.

No i od tamtej pory rozpoczęło się Echo Show. 4 mecze, 4 zwycięstwa. Domowe 5:1 z Igrosem i 6:0 z Aleksandrią oraz wyjazdowe 2:1 z Ostoją i 4:2 z Olimpiakosem. Ostatniego meczu w Tarnogrodzie nie zapomni chyba nikt z tamże obecnych. Jak już wcześniej wspomniałem, byliśmy tak napompowani zwycięstwami seniorów, że – głównie juniorzy – zorganizowaliśmy mini grupę kibicowską (jak to śmiesznie brzmi), więc w ostatnim meczu trochę śpiewaliśmy. Szły mróweczki przez zielony las i śpiewały cichuteńko tak… Oczywiście gospodarzom się to nie spodobało i postanowili pogonić nas ze stadionu. Do przerwy 2:1 w plecy, a my całą drugą połowę zmuszeni byliśmy oglądać przez szyby autokaru. Na szczęście byliśmy bliżej bramki do której atakowali nasi starsi koledzy. Bach 2:2, boom 3:2. 90 minuta, kontra, szybki jak błyskawica Michał Kalita mija bramkarza i bang! 4:2! Fantastyczny moment, naprawdę. 17-letni wychowanek dobija rywali i daje nam utrzymanie! Niesamowita chwila, autobus eksplodował z radości. Niektórzy byli tak podekscytowani, że wybiegli z pojazdu. Domyślacie się co było dalej? Jeden z naszych kolegów, na szczęście był trochę starszy (juniorzy bali się wychodzić), dostał porządny oklep od miejscowych łobuzów. Rozbita głowa, nos… Ale co z tego? 9 miejsce, 36 punktów, w tym 26 zdobytych wiosną. UTRZYMANIE stało się faktem! Do domu wróciliśmy chyba po północy. Wyobrażacie sobie to podniecenie w szkole następnego dnia? Pierwsza gimnazjum, większość chłopaków grająca w trampkarzach, a niektórzy nawet w juniorach. Czuliśmy się jak bogowie! Kogo obchodzi, że w swoim meczu dostaliśmy baty? Liczyli się tylko seniorzy.

6.

Już wiecie dlaczego o tym sezonie dla was napisałem. Nie trudno o analogię. Sytuacja przed rundą jest podobna, niewiele, ale jednak o ciut lepsza. Wydaje się, że teraz również potrzebować będziemy podobnej ilości punktów, by nie martwić się zbytnio o utrzymanie. Nierealne? Dlaczego nie? Dlaczego Kacper Cebula nie może być jak Michał Kalita, czy strzelający swoje pierwsze dla seniorów gole Daniel Waga? Dlaczego Grzesiek Głowacki, Krystian Łuczka, Krystian Cebula, Szymon Zwolan, Damian Galan czy Damian Świrgoń mają nie podołać w zespole seniorów? Daniel, „Rasiak” czy inni wychowankowie Echa nie ogrywali się w lidze wojewódzkiej, grali jedynie w przedmeczach juniorów. Pokazali jednak, że pasją i miłością dla drużyny można góry przenosić. Nasi 16-latkowie też kochają piłkę, są dziećmi Gryfa i poświęcą się dla niego na boisku w każdej sekundzie swojego pobytu. Tego jestem pewny.

Ku pokrzepieniu serc… Do boju Gryfie!

sok

gryfgminazamosc.pl

PS. Tekst podzieliliśmy na części tylko dlatego, żeby co kilka chwil złapać trechę powietrza…


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.