romek
poniedziałek, 28 lipca 2014, 15:39

Echa Roztocza 2013 / Jan WOJTASZEK – Mały, wielki człowiek…

4 sierpnia 2013 na stadionie w Zawadzie odbył się I Turniej im. Jana Wojtaszka. Tym razem działacze Echa Zawada i Gryfa Gmina Zamość postanowili jeszcze mocniej uczcić zasłużonego działacza klubu z Zawady. Wspomnienie śp. Jana Wojtaszka odbędzie się w dniach od 1 do 3 sierpnia na stadionie w Zawadzie. Zachęcamy do przeczytania reportażu o życiu „Małego Jasia”, który rok temu ukazał się w tygodniku Echa Roztocza. Do tekstu zostały naniesione niewielkie korekty. Udanej lektury!
Mały Wielki Człowiek

3 pierwsze dni sierpnia na stadionie w Zawadzie, będą stały pod znakiem wspomnienia śp. Jana Wojtaszka. Pan Jan był wieloletnim działaczem klubu Echo Zawada oraz osobą dobrze znaną w kręgach sportowej Zamojszczyzny. – Rozmawiałem kiedyś z sekundantem sekcji bokserskiej Hetmana Zamość śp. Henrykiem Paske o osobie pana Wojtaszka. Wypowiadał się o nim w samych superlatywach. Usłyszałem m.in. o tym, że „Mały Jasio” jest niezwykle lubiany przez wszystkich. Ponadto Henryk Paske mówił, że nie zna drugiej osoby, która ma tak wielkie serce jak Jan Wojtaszek – mówi Robert Grabek, były piłkarz Echa.

Mały człowiek o wielkim sercu

Wiele osób znających pana Jana, było pewnych, że „Mały Jasio” urodził się i wychowywał w Przewalu, obok Tyszowiec. – To nieprawda. Jasio od urodzenia mieszkał w Zawadzie. Jego matka pochodziła z tamtych okolic. Po śmierci ojca, jego rodzina przeprowadziła się do Przewala – mówi sąsiad Jana Wojtaszka Krzysztof Wróbel.
Rodzice Jana Wojtaszka opuścili Zawadę, gdy miał kilka lat. Ciotka oraz wujek byli bezdzietni i chcieli opiekować się Jankiem. – Rodzice Jasia wyjechali do Zamościa. On nie chciał, bo – jak sam zapewniał – jego dom był w Zawadzie. Nieprawdą jest, że rodzice go zostawili. Do końca ich życia, miał z nimi świetny kontakt. Jego ciotka o imieniu Józefa zmarła w 1988, a Jasio został sam. Opiekował się nią do jej ostatniego dnia – opowiada Teresa Wróbel.
Cechą charakterystyczną pana Janka był niski wzrost, stąd przydomek, pod którym większość osób kojarzy jego osobę. Pan Janek chorował na karłowatość i przestał rosnąć, osiągniąwszy wzrost 120 cm. – Nie miał z tego powodu kompleksów. Funkcjonował jak normalny człowiek. Jeśli trzeba było to ugotował, uprał, pomagał znajomym we wszystkich pracach, które mógł podjąć – wspomina Teresa Wróbel z koła gospodyń wiejskich.
Malutkie, świecące po zewnętrznej stronie stopy buty, były kolejnym znakiem rozpoznawczym pana Janka. – Jasio wstydził się jedynie kupować ubrania. Nabywał dziecęce koszule, a spodnie skracał mu krawiec. Często prosił mnie lub mojego męża o pomoc w zakupach. Później znalazł sklep dla większych dzieci, w których sam zaopatrywał się w ubrania – mówi Teresa Wróbel.
Ze względu na niepełnosprawność, Jan Wojtaszek naukę w szkole rozpoczął dwa lata później niż jego równieśnicy. – Z tego co pamiętam, był dobrym matematykiem. Jasio był bardzo sprytny. Podczas gry w piłkę, często przebiegał między nogami wyższych chłopaków. Ponadto umiał zrobić charakterystyczną gwiazdę – wspomina Adam Tyszko, wieloletni przyjaciel Jana Wojtaszka.
Mimo niskiego wzrostu, Pan Janek radził sobie nawet z prowadzeniem samochodu. Zjeżdżając z wiaduktu nad torami kolejowymi, zawsze wrzucał na luz. – Na początku jeździł maluchem. Za siedzenie podkładał kawałek drewna, żeby przesunąć oparcie w stronę kierownicy. Jego brzuch dotykał sterującego kółka, ale radził sobie dzielnie. Później kupił renault twingo, a znajomy mechanik przystosował samochód do jego niepełnosprawności – mówi Krzysztof Wróbel.
Pan Jan kochał towarzystwo. Wiele czasu spędzał bawiąc się z pociechami sąsiadów. – Jasio przychodził do nas nawet trzy razy dziennie. Bawił się z dziećmi, ciągle miał coś do powiedzenia. Mogę śmiało powiedzieć, że był członkiem naszej rodziny – mówi Teresa Wróbel. Sąsiedzi pana Janka zapewniają, że niewiele jest takich osób jak on. – Nigdy nikomu nie odmawiał, niestety wiele ludzi go wykorzystywało. Był tak dobry, że robił wszystko dla innych, często na tym tracąc – mówią lakonicznie państwo Wróblowie.

Całe życie z Echem

Pan Jan był zakochany w futbolu. – Prenumerował Przegląd Sportowy, Tempo oraz Katowicki Sport. Wszystko nt. piłki miał w jednym paluszku – mówi Adam Tyszko.
Echo Zawada to było prawdziwe oczko w głowie pana Jana. Nie mógł grać w piłkę, ale od lat siedemdziesiątych, aż do śmierci, czynnie pomagał w rozwoju klubu. Jego znajomi pamiętają niezliczoną ilość historii w związku z jego działaniami piłkarskimi. – Jechaliśmy na mecz do Szczebrzeszyna. Zawodnicy i działacze siedzieli na przyczepie, ciągniętej przez traktor. W Bodaczowie złapała nas policja, funkcjonariusze nie pozwolili nam jechać dalej. Musieliśmy iść na mecz piechotą. Sędzia dowiedział się o naszych problemach, poczekał aż przybędziemy na boisko. Oczywiście nie zabrakło „Małego Jasia”, który nie mógł opuścić żadnego meczu Echa – mówi Józef Król, wieloletni działacz klubu.
Pan Janek w uroczy sposób przeżywał każde ze spotkań swojej ukochanej drużyny. – Oprócz wydawania charakterystycznych dźwięków, Jasio miał inne typowe dla siebie zachowania. Gdy jeden z naszych zawodników musiał wybić piłkę, machał nogami, jakby chciał pomóc zawodnikowi w odkopnięciu futbolówki – śmieje się Adam Tyszko. Wydaje się, że najbardziej charakterystyczne dla pana Janka podczas meczów, było nadmierne palenie papierosów. Potrafił wypalić dwie paczki podczas spotkania z udziałem Echa. Lokalni palacze, dobrze o tym wiedzieli. – Graliśmy z Orłem Tereszpol. Kolega stanął obok Jasia, bo dobrze wiedział, kto może pożyczyć mu papierosa. Janek przyjmował to wszystko z uśmiechem na ustach – mówi Józef Król. – Czasami musiałem odpalać mu papierosa, bo był aż tak roztrzęsiony z emocji – wspomina Adam Tyszko.
Oprócz emonocjowania się meczami, pan Jan dbał o sprawy finansowe klubu. – Pamiętam sytuację, w której pan Jan Wojtaszek stanął przed bramą i nie chciał wpuścić zorganizowanej grupy kibiców Roztocza Szczebrzeszyn. Nie mieli wyjścia, musieli kupić bilety – śmieje się Łukasz Kawala, były piłkarz Echa.
– Czasami po meczach zabieraliśmy sędziów do domu Jasia. Na stole zawsze stały nadziewane pierniczki i mleko. To był jego ulubiony zestaw – wyznaje Józef Król. – Gościliśmy ich, ale nie zawsze wychodziło nam to na dobre, bo za tydzień potrafili gwizdać przeciwko nam – śmieje się Józef Król.
– Pewnego dnia zabrałem na trening mojego syna. Kopał piłkę z panem Wojtaszkiem. Po powrocie do domu, ucieszony Maciek powiedział: „Tato, mały pan fajnie gra w piłkę” – uśmiecha się Robert Grabek.
Pan Janek był osobą bardzo cenioną w sportowych kręgach. Jeśli trzeba było, załatwił wszystko, o co go poproszono. – Gdy zaistniała potrzeba zgłoszenia zawodnika godzinę przed meczem, Jasio był zawsze do dyspozycji. Nie wspomnę o załatwieniu kilkudziesięciu podbitych kart zdrowia, tuż przed rozpoczęciem meczu – mówi anonimowo jeden z piłkarzy Echa.
W 2011 roku, Jan Wojtaszek został honorowym członkiem klubu Echo Zawada, w uznaniu za wieloletnią i bezinteresowną pracę społeczną na rzecz stowarzyszenia.

Społecznik jakich mało

Od najmłodszych lat pan Janek lubił spędzać czas z ludźmi. Wieczorami spotykano się obok jego domu, by palić papierosy. – Jasiu palił od najmłodszych lat. Chodziliśmy do niego popalać, przychodziły nawet młode dziewczyny. Ciotka krzyczała na niego, ale rozumiała jego sytuację. Doskonale wiedziała, że kopcenie to dla niego odskocznia, sprawiająca mu wiele przyjemności – mówi Adam Tyszko.
Jan Wojtaszek udzielał się nie tylko w sprawach piłkarskich. Przez większość swojego życia był osobą aktywnie działającą w jednostce OSP Zawada. – Jasiu organizował zabawy. Często sprzedawał bilety, zajmował się wszystkimi kwestiami organizacyjnymi – mówi Józef Król.
Ludzie znający pana Janka, wspominają go jako duszę towarzystwa. – Jasiu świetnie się bawił na każdym weselu. W czasie oczepin zawsze wyłapywał wszystkie krawaty, bo wszędzie mógł się wcisnąć. Mieliśmy niezły ubaw, a Jasio bardzo się cieszył – opowiada Teresa Wróbel. – Przychodził do koła gospodyń wiejskich z flaszką, zakąską. Mówił, że nas bardzo lubi. Jako że często jeździł na wycieczki, zdarzało się, że zabierał dwie lub trzy kobiety z naszego koła – mówi z uśmiechem pani Teresa.
Pan Janek bezinteresownie udzielał pomocy innym ludziom. – Wiele razy woził chłopaków na różnego rodzaju turnieje, robiąc przy tym kilka kursów. Cieszyło go to – mówi Józef Król. Wielu ludzi wykorzystywało jego dobre serce. – Wyciągali go do sklepu, żeby stawiał im piwo. Jasio wypił góra dwa, bo jego organizm nie był w stanie przyjąć większej ilości alkoholu. Stawiał innym, a pieniędzy nigdy nie odzyskiwał. Wiele osób pożyczało od niego spore kwoty, oczywiście ich nie oddając. Bolało mnie to – mówi Adam Tyszko. – Nie raz zakładał swoje prywatne pieniądze, gdy trzeba było załatwić sprawy klubowe. Echo było dla niego najważniejsze – dodaje.
Oprócz działań społecznych, pan Jan pracował w spółdzielni przy zbożu oraz w chmielarni, nieopodal stadionu w Zawadzie. – Był zaufanym człowiekiem prezesa. Czyścił chmiel, nadzorował rwanie, suszył – mówi Adam Tyszko. – Przychodziliśmy do Jasia, żeby załatwił nam pracę w chmielu. Wieczorami, gdy chmielarnia była pusta, piliśmy tam wino – wspomina z uśmiechem Adam Tyszko.

Pusto tu bez niego

Jan Wojtaszek przez dłuższy czas skarżył się na silny ból pleców. – Przychodził do mojego sklepu, mówił że ból bardzo mu doskwiera. Czasami nie mógł ustać na nogach. Nie wiem czy zdawał sobie sprawę z choroby, myślał że ma przepuklinę – mówi Adam Tyszko. – Czasami spał na podłodze, bo cierpnie było nie do wytrzymania – mówi Teresa Wróbel.
Podczas Świąt Wielkanocnych w 2012 roku, pan Janek pojechał do Przewal, by odwiedzić rodzinę. W sobotni wieczór dostał ataku i wylądował na stole operacyjnym w szpitalu w Tomaszowie Lubelskim. – Pękł mu wrzód na żółądku, bardzo krwawił. Później nie mógł już nawet chodzić – mówi Teresa Wróbel.
Ostatnie dni życia pan Janek spędził w hospicjum w Łabuniach. – Bardzo chciał przyjechać do Zawady. Obiecaliśmy, że będziemy się nim stale opiekować. Nie zgodzono się. Przywieziono go na chwilę, by mógł zobaczyć swój dom. Gdy zobaczył, że jest w hospicjum popłakał się jak dziecko – mówi ze smutkiem Teresa Wróbel.
Mimo, że Jan Wojtaszek palił od najmłodszych lat, to nie papierosy go wykończyły. – Jego matka zmarła na raka kości, dokładnie na to co Janek. Nowotwór wyniszczył go doszczętnie. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, może udałoby się temu zapobiec – mówi ze łzami w oczach Teresa Wróbel.
Po śmierci Jana Wojtaszka wielu znajomych, boleśnie odczuwa jego brak. – Mój syn na pogrzebie ryczał jak dziecko. Smutno, że Jasia nie ma już z nami – mówią państwo Wróblowie. – Lekarz dawał mu 50 lat życia. Po upływie tego wieku, Jasiu cieszył się, że dalej żyje. Niestety odszedł w wieku 60 lat. Nam wszystkim, bardzo go brakuje. To był Mały Wielki Człowiek – kończy Adam Tyszko.

Damian Sokołowski


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.