romek
czwartek, 17 lipca 2014, 10:29

Pierwszy gol (7) / Lata 50-te * Mitręga przetrwania… Kulawiak i Zieleńczuk grali u innych, gwiazdą Startu był Maciej Barański…

Od styczna 2014 roku opublikowalimy sześć części historii Startu 1944 Krasnystaw.

Kontynuujemy opowieść o popularnym klubie i jego niezwykłej historii – historii wplecionej od chwili założenia,  w skomplikowane czasy powojennych przewartościowań. W wichry politycznych machinacji i propagandowych przeinaczeń.  Wreszcie składająca się na  zwykłe życiorysy. Życiorysy równie skomplikowane… Przed pierwszym meczem mówiono: – Nam się cholernie chce grać! Teraz, kiedy powojenne wichry wdzierały się w każdy kąt życia –  sportowcy pragnęli uprawiać nie tylko piłkę nożną… Pojawili się kolarze, bokserzy, siatkarze, zapaśnicy. Nas nadal najbardziej frapują dzieje sekcji piłkarskiej…

***

Rozmawiając z Marianem Basińskim nie mogłem nie spytać o jego słynne treningi z przetakiem, o których opowiadali  jego koledzy:
   – Każdy chciał być lepszy, toteż trenował według własnych pomysłów. Celowanie strzałów w określony punkt było najprostszym sposobem na podniesienie umiejętności. W 1954 roku rozgrywano mistrzostwa świata w Szwajcarii, gdzie bohaterami mieli być Węgrzy. Przegrali w  finale 2:3 z Niemcami, którzy przechytrzyli ich strategicznie. Dla niepoznaki przegrali z nimi mecz eliminacyjny 3:8, aby w finale ich ograć.  Kibicowaliśmy Węgrom, a popisy Puskasa opisywane w prasie i widziane oczami wyobraźni podczas słuchania transmisji radiowych, następnego dnia ćwiczyliśmy po swojemu.  Węgrzy przez trzy lata rozegrali 41 meczy a przegrali tylko jeden – ten najważniejszy, bo o mistrzostwo świata. Podobno Puskas, jak chciał to z 16 metrów potrafił strzelić kolejno dziesięć razy w poprzeczkę. Tak wytrenował celność strzałów. Być może, w dzieciństwie podobnie jak ja, całymi godzinami walił w koło wielkości przetaka wymalowane na stodole/?/. Bo jedyną tajemnicą nadzwyczajnej skuteczności jest spryt i …trening.

Wieść gminna a Kulawiak i internet

   Czołowym piłkarzem Startu był z pewnością w połowie lat 50-tych Witold Kulawiak. Wieści o szczególnie utalentowanych piłkarzach obiegały wówczas środowisko sportowe błyskawicznie i pod tym względem do dzisiaj nic się nie zmieniło, choć współczesne środki przekazu dysponują super-nowoczesnymi atrybutami: telefonem komórkowym, radiem, internetem, telewizją. Wówczas gwiazdy futbolu kreowała tylko prasa. A i to w ograniczonym wymiarze, bo dziennikarze rzadko opisywali umiejętności zawodników, ograniczając się jedynie do krótkich opisów i zanotowania podstawowych faktów, na przykład strzelców bramek. Królowała więc „wieść gminna”  – taki współczesny internet.
   Opowieści o wyjątkowych zawodnikach ubarwione poetyckimi porównaniami przez niektórych kibiców lub działaczy obiegały piłkarski światek szybciej niż plotka o ciężarnej panience lub zdradzonym polityku. O klasie Witolda Kulawiaka najszybciej dowiedzieli się działacze Lublinianki i szybko znalazł się w zespole wojskowych Po roku  Kulawiak zmienił jednak barwy klubowe i trafił do Hetmana Zamość. Już w  kwietniu 1956 roku stanął oko w oko z mistrzami Polski. Na stadionie w Zamościu Hetman zagrał z Legią Warszawa i do 54 minuty sensacyjnie prowadził 3:2 po golach; Kulawiaka w 13 minucie, Skoneckiego w 14 i Stanisławka w 46.
 

Start Krasnystaw gotowy do pochodu majowego – drugi z lewej  w białym kostiumie Kulawiak. Czwarty Zieleńczuk, piąty Marian Szewczak. Za nimi w koszulkach w pionowe paski – Roman Gołąbek i Weremczuk. Niżej w koszulkach w paski Sierpiński i Stasiuk.

   Niestety, później mistrzowie doszli do siebie i wygrali 5:3. Niemniej ponad dziesięć tysięcy kibiców zgotowało miejscowym owację na stojąco, a kapitan Legii Longin Janeczek powiedział:  – Jestem zaskoczony techniką i szybkością tej wyrównanej i bramkostrzelnej drużyny. Może za dużo jeszcze kunktatorstwa i sztuczek technicznych, które osłabiają atut szybkości. Dziennikarze i obserwatorzy poziom meczu ocenili na pierwszoligowy. Skład Hetmana z tego spotkania: Czerwiński, Szumiło, Bulak, Szala, Strodula (Burzyński), Szostak, Szeląg, Stanisławek, Skonecki, Sroka, Kulawiak. Co ciekawe, Hetman grał wówczas bez trenera. Równie świetnie co z Legią, Hetman z krasnostawiakiem Witoldem Kulawiakiem na czele zagrał przeciwko II-ligowemu zespołowi z Węgier Torekves Debreczyn. Goście przyjechali do Polski wzmocnieni piłkarzami Vasasu i Honvedu, z braćmi Komlossy i Kovacsem na czele. Zamość czekał na konfrontację z nadzieją na emocje i wiarą w nawiązanie równorzędnej walki. Już kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania, 24 lipca pod stadionem było ponad 50 samochodów i znacznie powyżej 100 furmanek. Kulawiak zagrał na swoim wysokim poziomie, lecz tego dnia najlepszymi zawodnikami wśród gospodarzy byli: Pyś i Bulak. Ostatecznie Węgrzy wygrali. Zauważono, że miejscowych obezwładniała trema. Przecież grali z piłkarzami z kraju, który miał wówczas najlepszych piłkarzy na świecie. Mało powiedziane, pewnie i we wszechświecie, bo to co wyprawiali z przeciwnikami Puskas, Hidegkuti, Kocsis, Csibor i koledzy, nie mieściło się w głowach najtęższych strategów futbolu. Warto dodać, że czołowym  piłkarzem województwa lubelskiego był słynny Marian „Maryśka” Skonecki. Jednak zdaniem wielu kibiców i zawodników, którzy pamiętają tamte czasy i grę Hetmana uważa, że Skonecki nie strzelałby po 4 -5 (zdarzało się!) goli w meczu, gdyby nie lewoskrzydłowy Witold Kulawiak – mistrz dryblingu na skrzydle i rewelacyjnie precyzyjnych centr w pole karne. A jego kolega  Marian Skonecki pojawi się później w Krasnymstawie jako szkoleniowiec.

   Po zakończeniu sezonu 1957 Witold Kulawiak wrócił do rodzinnego miasta. Szybko odzyskał pozycję czołowego zawodnika i został liderem Startu. Był gwiazdą dla młodzieży, bo przecież strzelił gola mistrzom Polski – Legii Warszawa. Miał dopiero 22 lata…

Na pierwszym planie gwiazdy Hetmana Zamość lat 50-tych: Ludwik Poświat (wcześniej  mistrz Polski w Cracovii Kraków) i Marian Skonecki, który na początku lat 60-tych zaliczy szkoleniowy epizod w Starcie. W poprzednim odcinku  pisaliśmy, że Kulawiak chciał na Wieniawe pobić sędziego, bo pewnie upatrywał w nim winnego degradacji swojego klubu.  Kiedy jednak Start wrócił do pierwszej nazwy w 1957 roku – natychmiast pojawił się w Krasnymstawie.

Gra o przetrwanie

   Piłkarze nadal grają z piętnem wydarzeń z 1954 roku. Plasują się w dolnych rejonach tabeli Klasy A. Po pierwszej rundzie zajmują przedostatnie miejsce wyprzedzając tylko Gwardię Lublin. W drugiej rundzie klub osiągnął jednak kilka wartościowych rezultatów – pokonał 8:2 Sygnał Lublin i zremisował 2:2 z Unią Hrubieszów. Niestety, porażki były druzgocące – z Sygnałem Lublin 0:10, Wisłą Puławy 0:12,  Czarnymi Dęblin 2:8 (Barański, Korszla), Avią Świdnik 1:4 (Barański). Pasjonujący i wyrównany mecz Start (O) rozegrał w Biłgoraju, gdzie przegrał ze Startem (Ładą) Biłgoraj 1:2, remisując do przerwy 1:1 po golu Macieja Barańskiego. Z kolei np z Podlsiem w paździeniky 1959 roku, w Krasnymstawie do przerwy było 0:0, a później 1:6. Gole: Eugeniusz Sierpiński – Noworól (4), Cenar, Rybicki. Sędzia Henryk Wnuk jednego z piłkarzy gospodarzy wyrzucił z boiska podejrzewając, że jest w stanie nietrzeźwym.
   Czołowym zawodnikiem jest Maciej Barański, typowy łowca bramek. Nie ustępują  mu bramkarz Sabat, oraz gracze w polu: Zbigniew Stasiuk, Tadeusz Zieleńczuk, Marian Szewczak, Tadeusz Tandecki, Stanisław Sokołowski, Zbigniew  Piróg, Jan Kowalczyk, Stanisław Miller, Włodzimierz Basiński, Marian Grudziński, Jerzy Banaszkiewicz, Eugeniusz  Sierpiński, Sobczak i Korszla.  

    O wszechstronności  sportowców-piłkarzy świadczą wyniki spartakiady spółdzielców, która tego roku odbyła się w Puławach. Tadeusz Zieleńczuk wystąpił w niej jako siatkarz, a w trójboju lekkoatletycznym wywalczył pierwsze miejsce. Kilka tygodni później, podczas spartakiady krajowej w Raciborzu Tadeusz Zieleńczuk zdobywa tytuł mistrza kraju Związku Zawodowego Pracowników Spółdzielczości.
   W owym czasie był więc jednym z najwszechstronniejszych sportowców województwa lubelskiego. I należy dziękować Bogu, że nie poszedł na zapaśnicze maty, bo …mógł tam złapać bakcyla zwyciężania i zostać miłośnikiem siłowania się w walce wręcz.

 Koniec tabelowych męczarni

   W marcu 1957 roku kończy się epoka zmian nazw klubu. W tabelach ponownie pojawia się Start Krasnystaw. Odżywają wspomnienia, ale najwięksi prześmiewcy nie śmią krytykować „działań” nieznanych obywateli, którzy przez lata męczyli kibiców czytaniem tabel składających się z samych Spójni, Unii, Ogniw, Związkowców, Kolejarzy itp.
   Do czołowych piłkarzy należą tego roku: Stanisław Stojański w bramce, oraz w polu niezastąpiony Bogdan Tomaś, zapora linii defensywnej. Nie gorzej spisywali się: Edmund Piłat, Stefan Delikat, Jerzy Banaszkiewicz, Witold Chudzik, Stanisław Miller, oraz niezawodni Marian Szewczak, Stanisław Miller i Maciej Barański.

 

       Bogdan Tomaś na pierwszym planie…

Możliwe że byli zagrożeniem dla Lublinianki

    O meczu Start – Kolejarz z 1954 roku rozmawialem z każdym, kto wspominał początki klubu.W 1958 roku Stanisław Sokołowski miał 27 lat i rozpoczynał dziewiąty rok kariery piłkarskiej. Zaczynał w 1949 roku mogąc grać i trenować z najlepszymi zawodnikami tamtych lat: Wrzeszczem, Chwaszczem, Basińskimi, Stępkowskim i wielu innymi. W latach 1952-1955 odbywał służbę wojskową w Modlinie, Wrocławiu i Zegrzu Pomorskim. Oczywiście grał w zespołach jednostek wojskowych. Po powrocie zastał sytuację, która była pochodną wydarzeń roku 1954 i sławnego meczu z Kolajarzem Lublin. Start nadal podnosił się z pleców. Powoli odbudowywał się psychicznie… Do klubu przychodzili trenować nowi gracze.
   Wspomina:
   – Gdyby nie zdarzenia z tego meczu Start byłby w czołówce drużyn Lubelszczyzny. Być może byliśmy zbyt dużym zagrożeniem dla Lublinianki, Ogniwa czy Chełmianki, toteż działaczom związku piłkarskiego na rękę były dyskwalifikacje, zamknięcie stadionu itp. Mieli jednego groźnego rywala mniej. Ujarzmili go na kilka lat, odebrali jednemu pokoleniu możliwość ubiegania się o zaszczyty piłkarskie.
   Sokołowski w 1954 roku był w wojsku. W Starcie grał w ataku i najlepiej współpracowało mu się na boisku z Wiesławem Czwórnogiem i Witoldem Kulawiakiem. Stanowili zgraną trójkę, a niektóre zagrania, wyćwiczone na treningach, wykonywali na pamięć. Oczywiście najbardziej w pamięci utkwiły mu mecze z Ruchem Izbica.
   – Do Izbicy zwykle jechaliśmy samochodem ciężarowym – opowiada. – I jak zwykle zawsze znajdowała się przed nami grupa kibiców, którzy dostawali się do osady w różny sposób. Czuliśmy się z nimi związani na dobre i złe. Kiedy kierowca nie chciał ich zabrać w drodze powrotnej na pakę, to solidaryzując się z nimi, wysiedliśmy wszyscy. Po ciężkim meczu szliśmy na piechotę do Krasnegostawu i zamiast po godzinie od końcowego gwizdka być już w domach, to docieraliśmy o północy, albo i później. A gdy po drodze była zabawa, na przykład w Orłowie, to niektórzy w domu byli rano…
   W 1960 roku Stanisław Sokołowski zakończył karierę. Podobnie jak wielu innych kolegów doznał ciężkiej kontuzji ścięgien achillesa i po jej wyleczeniu zrezygnował z gry. Został nauczycielem, w 1976 roku obronił na AWF w
Białej Podlaskiej pracę magisterską. 
 

Na mecze wyjazdowe wyjeżdżano „lublinkiem”. Nie wszyscy mieli miejsca siedzące… Ważnym „sprzętem” podczas takich wyjazdów byly koce…

Na uczelni, którą zakładał między innym jego przyjaciel z boiska Wiesław Czwórnóg. Tak fenomenalnie splatają się losy ludzi  futbolu…

Pierwszy gol /hs – koniec odc. 7 – cdn.


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.