romek
piątek, 23 maja 2014, 12:30

Andrzej GOWARZEWSKI (Encyklopedia FUJI): – W świecie wiedzą, moi rodacy nie wierzą…

 

Pisanie o dziejach futbolu pozostaje dla mnie dziennikarstwem

***

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Podczas włoskiego Mondiale 1990 roku Andrzej Gowarzewski, obaj relacjonowaliśmy mistrzostwa dla „Przeglądu Sportowego”, dał się namówić na całodzienny spacer po Wiecznym Mieście. Nastrój wędrówki po wąskich uliczkach, potykania się, co krok, o historię sprzyjał luźnej rozmowie – w pewnym momencie Andrzej zaczął opowiadać o swojej pasji, marzeniach, planach. Jednak nigdy nie przypuszczałem, że tak szybko się one ziszczą. Już bowiem w następnym roku, otrzymałem „Pierwszy Oficjalny Polski Rocznik ’91.” Do dzisiaj ukazały się 74 tomy, perełki słynnej „encyklopedii piłkarskiej FUJI”, w tym książki poświęcone monografiom regionów, klubów i PZPN. Jeszcze nie spotkałem człowieka, który by o niej nie słyszał…

Panie Andrzeju, z reguły na początku pada pytanie: „a jak się to wszystko zaczęło” – mnie natomiast interesuje, czy nie jest pan już tym wszystkim zmęczony?

– Dziś, 5 maja, jest to przyjemne zmęczenie, bo nad ranem przekazaliśmy do druku ostatni przed mundialem tom o mistrzostwach świata.

 PROTESTUJĘ, BO NIE ZNOSZĘ OKREŚLENIA „HISTORYK”

Znany panu śląski dziennikarz, z zacięciem historyka futbolu Paweł Czado napisał: „Drugi wstrząs Andrzej Gowarzewski zafundował mi po latach kiedy pojawiłem się u niego w wydawnictwie. Kiedy zobaczyłem bibliotekę szczęka mi opadła. A już całkiem zdumiało mnie jego archiwum oraz perfekcyjna dokładność i systematyczność z jaką zbierane są informacje. Dla dziennikarza sportowego interesującego się historią było to niezwykle pouczające przeżycie”.

– Wielu chwali archiwum, a ma ono dwie odrębne części. Pierwsza to zbiór publikacji, książek, albumów i druków, niemal z całego świata, ale ciekawsza jest ta druga część. To archiwum biograficzne powstałe przez kilkanaście lat, gdy pozostawałem bez pracy i w tym czasie wykorzystując urodę PRL rozmawiałem ze wszystkimi żyjącymi piłkarzami, trenerami, sędziami i działaczami, którzy zapisali się w dziejach polskiego futbolu. Jeśli ktoś zaliczył minutę gry w polskiej lidze albo przez jeden dzień był we władzach związkowych, ma u mnie swoją biografię. To prawie 20 tysięcy twórców historii polskiej piłki, zaś zawartość informacji jest absolutnie nie do odtworzenia. Po prostu przez kilkanaście lat, na własny koszt, robiłem to, co winny zrobić bataliony uniwersyteckich historyków i redakcje fachowych pism.

Zanim zaczęła się ukazywać „Encyklopedia FUJI” był pan autorem wielu innych publikacji, ale wydana w 1990 roku „Encyklopedia piłkarskich mistrzostw świata” zyskała szczególne uznanie. W rankingu, który sporządził szef „World Soccer” Keir Radnedge znalazła się na liście siedmiu najlepszych książek o futbolu na świecie. Był pan zdziwiony, że w Polsce nikt nawet o tym nie napomknął?

– Proszę sobie wyobrazić, że Keir Radnedge, szef piszących o futbolu w AIPS, kilka tygodni temu potwierdził aktualność tej opinii. Trudno się dziwić, że nie jesteśmy prorokami we własnym kraju, zwłaszcza, gdy nie czyta się światowej literatury. To ponoć moda naszych czasów? Encyklopedii FUJI nie trzeba cenić, ale jeśli pisze się o futbolu za pieniądze, czy kieruje strukturami klubowymi lub związkowymi, trzeba ją czytać i znać opinie autorów. Nie trzeba się z nimi zgadzać.

Jakie ma pan zdanie na temat kondycji obecnych dziennikarzy. Ja twierdzę, że w większości przypadków mamy do czynienia z pracownikami mediów, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, iż dziennikarstwo to zawód czeladniczy.

– Miałem trzynaście lat gdy „Świat Młodych”, harcerski dziennik, przyznał mi w ogólnopolskim konkursie tytuł „honorowego sprawozdawcy sportowego”. To było już, wstyd się przyznać, pięćdziesiąt sześć lat temu, więc mam prawo oceniać profesjonalne atuty współczesnych kadr po latach własnych doświadczeń. Dlatego uchylę się od odpowiedzi, bo ta profesja staje się ogródkiem dla ignorantów. Jaka płaca takie efekty pracy oferowanej nam przez media traktujące nas już jako „produkt”.

 Jako historyka futbolu musi pana zapewne szczególnie boleć fakt, iż szczególnie młodzi dziennikarze podchodzą do zagadnienia tak, jakby piłka zaczęła się dopiero w momencie podjęcia przez nich pracy.

– Protestuję, bo nie znoszę określenia „historyk”. Jestem dziennikarzem! Zaczynałem od reportażu, co było moim wielkim marzeniem, choć w kieszeni miałem dyplom architekta po studiach na Krakowskiej Politechnice. Moi koledzy z roku to między innymi Marek Grechuta, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Andrzej Bachleda-Curuś, gitarzysta „Skaldów” – Feliks Naglicki, dwóch późniejszych wojewodów, Wojciech Czech na Śląsku i Kazimierz Ferenc w Rzeszowie oraz kilku innych, którzy szukali szczęścia poza tą profesją. Chciałem, ale nigdy nie musiałem być dziennikarzem, a pisanie o dziejach futbolu pozostaje dla mnie dziennikarstwem. Nie stałem się więc historykiem sportu z woli grupki nikczemników, za co zresztą jestem im wdzięczny, bo do dziś mogę robić to, co mnie pasjonuje.

GONIMY ELITĘ ŚWIATOWEGO FUTBOLU DROGĄ, JAKĄ INNI DAWNO PORZUCILI

Z pańskiego wstępu do „Futbolowej wojny światów” wynotowałem zdanie: „Puste stadiony nie są odpowiedzią na słabe wyniki, ale na bzdury wmówione milionom potencjalnych fanów, bo to nie symboliczny „lewy obrońca” jest przyczyną słabości”. W takim razie kto lub co?

– To wiele przyczyn, z ludzką głupotą na przedzie. Sport, który nie ma sobie równych, rozwijający się ku radości milionów w elicie krajów świata u nas został sprowadzony na margines życia społecznego. Jest wygodny jako odgromnik dla społecznych rozczarowań dla państwa i dla mediów. Tak zwani „dziennikarze” prześcigają się od dziesięcioleci w prezentacji kopania piłki jako ludzkiej ułomności. To ciekawe, że u innych jest to zajęcie godne wartościowego przeżywania. Państwo nie zrobiło nic, aby uporządkować ten sport na bazie życzliwego prawa. Komisaryczni zarządcy w PZPN jawią mi się jako komedianci… Panoszą się zastępy speców od PR i szemranego marketingu, którzy pozbawiają sympatyków sportu wszelkich wartości zajmowania się nim, a także przyjemności z przeżywania emocji. Każą nam kupować „produkt”. Niewiele brakuje nam do stanu, w którym na widowni będą nie kibice, a tłumy ogłupiałych do cna bezmózgowców, którzy ani sportu, ani futbolu nie rozumieją. Oni mają kupić jakieś gadżety, wymalować buźki, machać potem szmatami, a wcześniej kupić bilet i dać zarobić cwaniakom. To jasne, że nie muszą nawet iść na stadion, bo wystarczy „fan-zona” i bufet, a potem śpiew, że „nic się nie stało”. Zaiste, do tego zmierzają szaleni naprawiacze piłki, reformatorzy ligi czy pucharów, ale na razie nie za bardzo im wychodzi. Piękne stadiony stają się – także dzięki mediom! – pustawe i to jest odpowiedź na lata usilnych zabiegów ekspertów wszelkiej maści i poprawiaczy zasad, jakie sprawdzają się w innych krajach od stulecia… Gonimy elitę światowego futbolu drogą, jaką inni dawno porzucili.

Nasze kluby są coraz słabsze i co gorsza nie zanosi się, przynajmniej w najbliższym czasie, na poprawę.

– Jeśli pan czyta rocznik to zauważył pan zapewne, że od kilkunastu lat niezmiennie przypominam o finansowym pogromie. Kto chce zauważyć, w gronie krytyków naszej reprezentacji czy klubów, że otrzymujemy od ponad 20 lat rok w rok niespełna 1/150 tego, co czołowe kraje europejskie z kasy UEFA za klubowe puchary. Rok w rok tracimy dystans i nikt mi nie powie, że w tym wyścigu przy obecnych zasadach mamy jakiekolwiek szanse. Nazywa się to europejską piłkarską „rodziną”, w której są równi i równiejsi, a dostęp do kasy, czyli do równych szans mają tylko wybrani, czyli najbogatsi.

Problem, z którym od lat nie potrafimy skutecznie w Polsce się uporać – tak zwanego kibolstwa, a określając wprost – chuligaństwa i bandytyzmu.

– Dobrze, że istnieje to zjawisko, bo firmy ochroniarskie mogą pasożytować w majestacie prawa na ubożuchnych klubach, zwalniając z obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa policję. Wygodnie zrzucić winę na działaczy klubowych, którym nie pozwala się nosić pałki, ani zatrzymać bandziora. Sądzę, że od pamiętnego finału Pucharu Polski w 1980 roku istnieje cicha zgoda na okołopiłkarskie burdy wygodne także dla mediów. Od lat spieram się na ten temat z redaktorem Jerzym Domańskim, byłym prezesem PZPN, ale pozostajemy przy swoich zdaniach. On twierdzi, że władze nie sprzyjały po cichu chuliganom, ja zaś mam inną wiedzę.

Pańskie spojrzenie na prezesów i PZPN.

– Nie mnie oceniać, bo pełnią honory z wyboru środowiska. Stoję obok i życzę sukcesów. Byłbym przy tym rad, gdybym mógł liczyć na wzajemność. Tak bywało za Jerzego Domańskiego i jego poprzedników, za Kazimierza Górskiego, za Mariana Dziurowicza… Gdy nastał Michał Listkiewicz, za radą swego prasowego „guru” zajął się wyłącznie swoją karierą, Grzegorz Lato nie miał czasu, bo cudzych książek nie czytał, a Zbigniew Boniek jest tak zajęty, że nawet „dziękuję” nie powie… Co osiągnie? Na pewno będzie wesoło!

Selekcjoner reprezentacji – rodak czy z zagranicy – to temat niekończących się dyskusji i sporów.

– Wypraszam sobie takie pytania. Ciągle żyjemy w Polsce.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego pan „sobie wyprasza”. Czyżby fachowcowi obcokrajowcowi odmawiał pan prawa do kierowania reprezentacją Polski?

– Nie odmawiam, ale… chyba stać nas na to, żeby najważniejszą dla Polaków drużynę prowadził Polak!

Przejdźmy zatem do portretu dzisiejszego polskiego piłkarza. Jak wygląda on w pańskich oczach?

– Obaj zaczynaliśmy pisanie o piłce w latach, gdy polscy futboliści stanowili światową elitę i chcieli z nami rozmawiać. Dziś najlepsi rzadko są już profesjonalnymi piłkarzami i wymiana poglądów jest bardzo trudna. Przypomnę, że w 1974 roku w pierwszej piętnastce plebiscytu „France Football” było pięciu rodaków, a my krytykowaliśmy ich grę. Dziś w tej samej konkurencji jednemu udało się być w gronie 23. najlepszych i cały naród klaszcze bez opamiętania…

GRONO BAJARZY JEST DOŚĆ LICZNE, ALE ICH WYOBRAŹNIA MA KRÓTKIE NÓŻKI

To co pan tworzy kojarzy się z benedyktyńską cierpliwością, jakoś stoi mi w sprzeczności z raczej dość czupurnym pańskim charakterem. Chodzi mi przede wszystkim o stawianie przez pana niesłychanie wysoko poprzeczki w ocenie czyjejś działalności; inaczej określając pobłażliwy to pan nie jest, oj nie!

– Pan pyta o benedyktynkę? Lubię, nawet za często. Charakter też się nie zmienia, ale krytykuję tylko po imieniu, otwarcie, wyłącznie tych, którzy szkodzą zasadom dziennikarskiej profesji i działają na szkodę polskiej piłki, a więc i na moją krzywdę.

Wielokrotnie podkreślał pan, że Encyklopedia to praca autorska, ale… także zespołowa, a zatem kim są pana najbliżsi współpracownicy?

– Nie tak dawno opublikowaliśmy nazwiska wszystkich, którzy współpracowali przy Encyklopedii. Zebrało się grono prawie dwóch tysięcy ludzi życzliwych i kochających piłkę. Dzięki nim wszyscy wszystko wiedzą, ale to dla GiA pracuje redaktor Bożena Szmel, która jest światową rekordzistką, akredytowaną na pięciu mundialach. Wyprzedza resztę świata – co wynika z badań AIPS – o całą epokę, bo jej konkurentki mają co najwyżej dwa turnieje.

Ma pan kontakty ze statystykami i historykami z całego świata, których ceni pan najbardziej?

– Oni to zapewne przeczytają, więc nie wyróżnię nikogo, ale niemal bez wyjątku są to hobbyści. W tym gronie chyba tylko ja zostawiłem klasyczne dziennikarstwo dla fachowego dokumentowania największej pasji naszych czasów. Najlepsi są uczciwi i nie kradną cudzej pracy, bo znają trud jej zdobywania.

Poplotkujmy, kiedyś mi pan opowiadał, że przynajmniej do działalności niektórych historyków futbolu trzeba podchodzić z olbrzymią ostrożnością, zdradzają inklinacje do konfabulacji.

– Grono bajarzy jest dość liczne, ale ich wyobraźnia ma krótkie nóżki. Czytelnicy wybierają prawdziwe wartości bez trudu. Szkoda, że dopiero oni, bo jedno słowo kłamstwa wymaga wielu słów wyjaśnień.

Pańscy prawdziwi przyjaciele w piłkarskim środowisku to…

– … bez nich nie mógłbym istnieć, są w gronie współautorów, ale nie tylko. Wszystkim życzę, aby czytali książki, niekoniecznie moje.

Poznał pan wielu możnych światowej piłki, kto wywarł na panu największe wrażenie?

– Zdecydowanie Joao Havelange, Brazylijczyk, były prezydent FIFA, bo zawsze chciał rozmawiać o problemach piłki z każdym, gdyby czasu mu starczało.

Przed tegorocznym mundialem pokusił się pan on rzecz niezwykłą – to wydanie swoistego pięcioksiągu mistrzostw świata. Cztery tomy ukazały się przed tegorocznymi finałami w Brazylii, piąty ma się pojawić tuż po… To prawdziwa gratka dla koneserów futbolu.

– Jeśli to prawda to wypada być szczęśliwym. Moim marzeniem jest, aby polscy czytelnicy mieli świadomość czym – w światowym rankingu – jest ta Encyklopedia. W świecie wiedzą, moi rodacy nie wierzą.

Był pan na ośmiu mundialowych turniejach. Zdaję sobie sprawę, że każdy był inny – nieporównywalny z poprzednim i następnym, ale czy jednak któryś z nich był dla pana wyjątkowo fascynujący?

– Najpiękniejsze były Igrzyska Olimpijskie w Montrealu, gdy w 1976 akredytowałem się z redakcyjnym kolegą, Stefanem Riedlem nie pytając nikogo o zgodę, a słynnego „biura prasy” w szczególności. Po powrocie mali nikczemnicy wyrzucili nas z roboty, a my, honorowo, wygrywając proces sądowy, zrezygnowaliśmy z pracy w tej firmie. Mój przyjaciel wyjechał do Australii, a ja postanowiłem bywać na mundialach. A oni ciągle są maluczcy i twierdzą, że mnie nie ma.

Pańskie jakieś, jeszcze niespełnione marzenie?

– Nie wierzę, aby się spełniło, ale marzę, aby prezesi PZPN zauważyli, że od ćwierćwiecza wydaje się, ot, choćby Rocznik… A także, aby wynik finału Pucharu Polski – wynik, nie relacja! – znalazł się w każdej polskiej gazecie, zwłaszcza sportowej. Niekoniecznie na pierwszej stronie.

No to na koniec pytanie retoryczne. Jedzie pan na finały do Brazylii?

– A dlaczego nie?

 Maciej Polkowski

***

ANDRZEJ GOWARZEWSKI

Ur. 19 lipca 1945 r. w Szopienicach. Architekt (Politechnika Krakowska), dziennikarz (Uniwersytet Warszawski), reporter, publicysta. Honorowy sprawozdawca sportowy „Świata Młodych” (1959), etatowo „Sport” Katowice i „Sportowiec”, od 1982 wolny strzelec. Twórca idei, autor i współautor serii encyklopedia piłkarska FUJI, która obejmuje 74 tytuły, w tym od 1991 tradycyjny oficjalny polski rocznik piłkarski (23. wydania). Akredytowany na igrzyskach olimpijskich (Montreal’76, Moskwa’80), od 1980 na ośmiu turniejach EURO i ośmiu mundialach.

Tekst ukazał się w tygodniku „Przegląd” nr 20/2014.


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.