PRASA / Polskie kluby czyli… mistrzowie własnego podwórka « Lubelska Piłka - Wszystko o piłce nożnej na Lubelszczyźnie
romek
środa, 23 kwietnia 2014, 07:43

PRASA / Polskie kluby czyli… mistrzowie własnego podwórka

Wedle życzenia pomysłodawców ligowej reformy polska futbolowa ekstraklasa pędziła w iście ekspresowym tempie i już w 2013 roku minęła półmetek fazy zasadniczej, a 14 lutego tego roku ruszyła dalej. To dobry moment do refleksji nad kondycją piłki klubowej. Co prawda pocieszamy się, iż z chaosu został zbudowany świat, ale polskim klubom z najwyższej półki nie wychodzi to na dobre. Tak zwany przeciętny kibic nie ma pojęcia, kto na co dzień rządzi klubem, jakie są wpływy i zależności – właściciela, jakiegoś innego podmiotu, Spółki Ekstraklasa, wreszcie PZPN. I nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na proste pytanie – co ważniejsze, klasa czy kasa? Albowiem nasze zespoły cierpią na jedną charakterystyczną przypadłość –  żadną racjonalną miarą nie da się określić ich sposobu gry, o stylu nie wspominając. To już chroniczne dążenie do mistrzostwa, ale niestety wyłącznie własnego podwórka…

KAŻDY Z KAŻDYM MOŻE WSZYSTKO

Od amplitudy formy i wyników na jesieni 2013 można było dostać kręćka. Wystarczy prześledzić ligowe losy zespołów pierwszej trójki (od 12. do 16 kolejki): liderująca warszawska Legia wygrała u siebie z Piastem 4:1, pojechała do Poznania po remis 1:1 z Lechem, przegrała 1:3 z Zawiszą na wyjeździe, pokonała u siebie Zagłębie 2:0 i Widzew w Łodzi 1:0. Wicelider Górnik – pokonał u siebie Śląsk 3:2 i  Jagiellonię 1:0 w Białymstoku, by przegrać (będąc murowanym faworytem) na własnym stadionie z Cracovią 0:1 i aż 1:3 z Lechem w Poznaniu, wreszcie przyszło zwycięstwo u siebie nad Wisłą 3:2. Ta wcześniej przegrała na wyjeździe z Zawiszą 1:3, wygrała w Krakowie z Zagłębiem 1:0 i Widzewem 3:0,  by następnie na wyjeździe zaledwie zremisować 0:0 z outsiderem Podbeskidziem. Jak widać każdy z każdym może – jak mawiał klasyk – wygrać, przegrać, a nawet zremisować. I chociaż niekiedy emocji, nieoczekiwanych zwrotów akcji nie brakowało  (jak chociażby w Zabrzu w spotkaniach Górnika ze Śląskiem i Wisłą) to poziom zdecydowanej większości potyczek pozostawiał wiele do życzenia. A większości najzwyczajniej nie da się oglądać. Taka kopanina bez ładu i składu – o braku jakiegokolwiek pomysłu na grę przez grzeczność chciałoby się nawet nie wspominać…

KATASTROFA, NIEUDOLNOŚĆ, ŻENADA…

O prawdziwej wartości naszych zespołów przekonujemy się podczas ich nieudolnych, katastrofalnych występów w europejskich pucharach. Nie od potentatów, ale od europejskich średniaków dzieli nas coraz więcej. Dość przypomnieć, że trzeci w poprzednim sezonie wrocławski Śląsk (mistrz 2012) w eliminacjach Ligi Europejskiej dostał baty od hiszpańskiej Sevilli 1:4 i 0:5!  A mecze naszej „flagowej drużyny” Legii Warszawa (mistrz 2013) w grupie J także Ligi Europejskiej to jedna niewyobrażalna, wręcz totalna kompromitacja. Mając za rywali Lazio, Trabzonspor i Apollon – podopieczni trenera Jana Urbana – w czterech meczach grupowych nie zdołali zdobyć nawet ani jednego punktu,  ani jednej bramki. Jako jedyna ze wszystkich drużyn biorących udział w rozgrywkach Ligi Mistrzów i LE. Zaiste ekipa z Łazienkowskiej zasługuje na wpis do księgi Guinnesa!!! Marzenia o wielkiej Legii robiącej furorę na międzynarodowej arenie prysły jak mydlana bańka. Pełnym blaskiem świeciła natomiast ostatnio gwiazda prezesa stołecznego klubu Bogusława Leśnodorskiego. Niektórzy wychwalali go i obdarzali komplementami jako menedżera nowego formatu. Aliści (jak mawiał Jerzy Waldorff) wielce atrakcyjny wizerunek legijnego bossa zblakł po wypowiedzi wojewody mazowieckiego Jacka Kozłowskiego: „Problem z prezesem Leśnodorskim polega na tym, że on ze wszystkimi rozmawia i te rozmowy wydają się bardzo dobre, tyle, że na koniec wszyscy się czują oszukani. Składał obietnice rozwiązania wielu problemów, które sygnalizowaliśmy, składał obietnice osiągnięcia porozumienia i pokoju z kibicami. Tych obietnic naprawdę było bardzo dużo. Zaczynam się orientować, że te obietnice są puste, bez pokrycia. I chyba musimy zakończyć dotychczasowy okres współpracy, który nazwałbym miodowym i wrócić do metod, których nie chciałbym stosować, ale które są konieczne – zapowiedział Kozłowski na łamach tygodnika „Wprost”.

KRÓLUJE PRYWATA

Poczynając od Ekstraklasy polskie zespoły to są jakieś dziwne twory. W klubowych kadrach piłkarzy przez duże P jak na lekarstwo. Właściwie niesłychanie trudno zorientować się na jakiej zasadzie kompletuje się zespoły. W zdecydowanej większości (nie obrażając nikogo personalnie) mamy do czynienia ze zlepkiem dość przypadkowo dobranych piłkarzy. Bo jeden nie kosztował za dużo, bo drugi może się przydać na kilku pozycjach, bo trzeci przyszedł właściwie za darmo, bo czwarty, piąty i szósty… Bardzo trudno zatem zorientować się wedle jakiego klucza (?) są dobierane te futbolowe kompanie. Do tego dodajmy klubowe grupy interesu, uwijające się (by nie określić dosłowniej – żerujące) chmary menedżerów itp., itd…

Prawie każdy osobnik potrafiący jako tako kopnąć piłkę staje się „towarem”, który czym prędzej trzeba upchnąć gdzieś za granicę. Wedle powiedzenia Zbigniewa Bońka sprzed lat – nie ma złych lub dobrych piłkarzy, są jedynie źle lub dobrze wypromowani. Praktycznie nie ma żadnej zależności między działaniami klubu, a dobrem naszej piłki. Króluje prywata!

Ponadto każdy z właścicieli (szefów) ma ambicję tak zwanego pozyskania obcokrajowców, ale przecież o futbolowych aktorach z zagranicy pierwszego, drugiego bądź nawet trzeciego planu możemy jedynie pomarzyć. Przez Eks­tra­kla­sę prze­wi­nę­ły się zatem setki zagranicznych kopaczy, lecz tylko nie­któ­rzy dali z sie­bie coś eks­tra. Skrajnym przykładem „futbolowego internacjonalizmu” krakowska Wisła sprzed zaledwie dwóch sezonów.

W połowie 2011 roku fetowano trzynasty mistrzowski tytuł Wisły – „Made in Holland”, albowiem prawie rok wcześniej zatrudniono dwóch Holendrów – trenera Roberta Maaskanta oraz dyrektora sportowego Stana Valckxa. Ubolewano, iż to najbardziej zagraniczny mistrz Polski w ostatnim dziesięcioleciu. Doliczono się, że z 32. wystawionych piłkarzy aż 17. to obcokrajowcy. Niektórzy komentatorzy piali z zachwytu, że: „ Dyrektor Bogdan Basałaj, stawiając na Holendrów, postawił na fachowców z innego świata. …Teraz cel jest jasny – awans do rozgrywek grupowych Ligi Mistrzów. Czekamy na to od piętnastu lat! Kto wie, czy przy kolejnym dobrym zaciągu, to się wreszcie nie uda… „Made in Holland”  to z reguły gwarancja piłki na odpowiednim poziomie”. Sny o potędze rozwiali w eliminacjach do Ligi Mistrzów gracze… Apoelu Nikozja, całą „zabawę” zakończono wiosną 2012 roku w 1/16 Ligi Europejskiej spotkaniami ze Standardem Liege. Byli i tacy, którzy już wcześniej przestrzegali jak były zawodnik reprezentacji, ale także m.in. „Białej Gwiazdy” Mirosław Szymkowiak: „W Wiśle zaczyna brakować Polaków. Takich, którzy są związani z miastem, z klubem. Obcokrajowcy przyjeżdżają do Polski zarobić, a jak coś się nie układa, mają to gdzieś. Uważam, że w szatni nie może być tak dużo obcokrajowców. Każdy jest z innego państwa, a szatnia musi żyć, muszą być jaja, dobra atmosfera. Wtedy się inaczej gra”.

ŻEBY WYGRAĆ, TRZEBA UMIEĆ GRAĆ

„Moja dawna drużyna –  Widzew nie mogłaby wygrać z Manchesterem United, Liverpoolem, Manchesterem City, czy w finale turnieju w Danii z Leeds United gdyby…”. Poproszony przeze mnie o ocenę sytuacji były znany piłkarz Widzewa i reprezentacji Mirosław Tłokiński przedstawia bardzo ciekawą –  własną teorię o dwóch rodzajach drużyn i ich czterech konfiguracjach. Te dwa rodzaje to: drużyny walczące i drużyny grające, a ich konfiguracje (od najsłabszej do najlepszej) to: 1/ walczące niewygrywające; 2/ walczące wygrywające; 3/ grające niewygrywające; 4/grające wygrywające.

Zdaniem Tłokińskiego „pętla się zaciska”, bo żeby dominować na boisku trzeba po prostu umieć grać, a nie jedynie walczyć. A co to znaczy „umiejętność grania”? To nic innego jak umiejętność prowadzenia najtrudniejszego typu ataku, a mianowicie ataku pozycyjnego, którego najlepszym modelem jest aktualnie Barcelona.

Tłokiński kontynuuje: „Pozostaje ostatni element i to najważniejszy, który był do tej pory dumą narodową dawnej reprezentacji oraz mojego pokolenia i który pozwalał pokonać lepszych od siebie, a mianowicie „wola”. Właśnie ta wola walki była motorem sukcesów dawnej generacji, do której miałem przyjemność należeć. To właśnie łódzki Widzew ( z lat 1976 – 1983) był  nazywany zespołem z charakterem. Miałem zaszczyt grać w tej drużynie i z perspektywy czasu mogę z pełną świadomością powiedzieć, że nie wyeliminowaliśmy kilku renomowanych futbolowych firm, bo byliśmy lepsi fizycznie. Byliśmy mocni, ale nie lepsi. Nie wyeliminowaliśmy Juventusu Turyn z dziewięcioma podstawowymi reprezentantami Włoch w składzie, bo byliśmy lepsi technicznie. Byliśmy dobrze wyszkoleni , ale nie lepsi. Co zadecydowało o naszych sukcesach? Właśnie nasz charakter, czyli wola zwycięstwa każdego z nas. Rodzi się zatem najważniejsze pytanie: Kto nas tego nauczył,  lub co wykształciło ten słynny charakter? Byłoby niesłychanym uproszczeniem stwierdzenie, że trenerzy Widzewa pod wodzą których pracowaliśmy, bo to nieprawda. Byli oni niemal co roku zmieniani i jak mówił trener Jacek Machciński „U mnie taktyki nie ma, bo nie będę uczył starych chłopów jak grać w piłkę”. A przecież niektórzy z tych  starych chłopów mieli po 21 lat! A zatem jest się nastawionym na granie i wygrywanie, albo nie…”.

Jeżeli nie do końca musimy zgodzić się z tym co przedstawia Tłokiński, to warto przypomnieć powiedzenie Kazimierza Górskiego, że piłka to we gruncie rzeczy bardzo prosta gra, tylko my ją sobie komplikujemy… No bo te wszystkie pseudo-taktyczne gorsety.

Dawid Kwika (ekstraklasa.net) komentuje (moim zdaniem tylko nieco za ostro i przesadnie): „Od dłuższego czasu autorytety w polskiej piłce odstawione są na dalszy tor. W klubie rządzą prezesi i działacze i to oni często ustalają skład. W szatni mało który trener ma posłuch, piłkarze czują się lepsi od niego, wytykają mu błędy i czekają na potknięcia. Pytanie: dlaczego? Dziś w Polsce trener Ekstraklasy, który powie, że jego drużyna zagrała fatalnie, bez ładu i składu, że połowa zawodników to amatorzy, nawet jeśli jest to bardzo często prawdą, jest skończony. Taki szkoleniowiec, który powie prawdę w oczy, wyrzucany jest na bruk w trybie natychmiastowym. To prezes ma rządzić, a trener ma być mu podległy, bez względu na wszystko, nie może mieć swojego zdania. Niewolnictwo.

Ale czy piłkarsko normalny jest kraj, w którym zdolni i radzący sobie całkiem nieźle trenerzy, czytaj: Leszek Ojrzyński i Radosław Mroczkowski, są bezpodstawnie zwalniani? W chwili opuszczenia klubów przez obu szkoleniowców, byli lubiani, mieli realne wyniki, a przede wszystkim szanowali ich piłkarze. Ojrzyński został zwolniony, chociaż między nim, a piłkarzami wytworzyła się wyjątkowa chemia. Działacze klubu z Kielc sami nie wiedzieli za co zwalniają Ojrzyńskiego, bo mimo słabego początku sezonu, był uwielbiany. W oficjalnym komunikacie władze Korony nie wydusiły jednego sensownego zdania. W przypadku tego drugiego sytuacja jest paradoksalna. Widzew zwolnił trenera, by nadal płacić mu pensję i zatrudnić kogoś bez doświadczenia, bo nie było pieniędzy, by zapłacić komuś lepszemu. Czyli błędne koło. Młodzi, gniewni, zdolni z charakterem, trzeba ich zwolnić. Działanie ludzi zarządzających polskimi klubami jest przerażające…”.

Nic dziwnego, skoro całkiem niedawno komentowano oraz pisano, że właścicielami polskich klubów piłkarskich są m.in. były cinkciarz, profesor, król bon motów i… dobry tata. Dysponują całkiem sporym majątkiem, ale jak nim zarządzają to zupełnie inna sprawa. Fakt, iż do klubów polskiej ekstraklasy napływają coraz większe pieniądze. To efekt tego, że naszą piłką kierują teraz – w większości –  ludzie związani ze sferą finansową, lecz nie rozumiejący sportu. Ale nawet mimo tego braku równowagi nawet  w sferze ekonomicznej poruszają się niczym dzieci we mgle. Dlatego pieniądze są fatalnie wydawane. Eks­per­ci wy­ra­żają za­nie­po­ko­je­nie zja­wi­skiem zwięk­sza­ją­cych się wy­dat­ków na wy­na­gro­dze­nia pił­ka­rzy, które pochła­nia­ją 76 pro­cent przy­cho­dów klu­bów. Dla po­rów­na­nia w Bunde­sli­dze ten wskaź­nik wy­no­si 51 pro­cent. Nie­któ­re kluby, jak Widzew Łódź, na kon­trak­ty za­wod­ni­ków wy­da­ły w 2012 roku wię­cej, niż uzy­ska­ły przy­cho­dów. Pen­sje za­wod­ni­ków w klu­bie z Alei Piłsudskie­go po­chło­nę­ły 140 pro­cent przy­cho­dów?!

W 2012 roku przychody klubów polskiej ekstraklasy wyniosły 353 miliony złotych. To o 3 procent mniej niż rok wcześniej. Z raportu firmy doradczej „Deloitte” wynika jednak, że wciąż rosną… zarobki piłkarzy. Najlepsi otrzymali w poprzednim roku powyżej 1 miliona złotych! Chciałoby się głośno zakrzyknąć – za co? W ubiegłym roku największe przychody osiągnęła Legia Warszawa – powyżej 66 milionów złotych. W 2011 roku były to 64 miliony. Na drugim miejscu uplasowało się Zagłębie Lubin, które zarobiło 40 milionów. Kolejne miejsca zajęły Śląsk Wrocław (36), czyli mistrz Polski poprzedniego sezonu, oraz Lech Poznań (35) i Wisła Kraków (31). Ostatni gliwicki Piast – 9,6 miliona złotych.

A jak się to ma do Europy w przypadku frekwencji na stadionach? W tym sezonie Ekstraklasy najwięcej widzów zgromadziły mecze 1. kolejki – 85.600, a najmniej 9. kolejki – 49.963. A mecze (stan na 15.10.2013) Lecha Poznań – 18762, Wisły Kraków – 16916, Legii Warszawa – 15898, Lechii Gdańsk – 15098, Śląska Wrocław – 12913 i Cracovii – 11652 widzów. U pozostałych frekwencja nie przekroczyła 10 tysięcy. Średnia na meczach Manchesteru United na własnym stadionie wyniosła ponad 75 tysięcy fanów. A więc dzieli nas przepaść, której jeszcze przez długie lata nie zasypiemy!

ZEPSUCIE DO SZPIKU KOŚCI

Ciekawą diagnozę przedstawił Norbert Gałązka (Prokapitalizm.pl): „Patrząc na najwyższy poziom rozgrywek futbolowych w Polsce dostrzegamy nowoczesne i ładne obiekty, które po okresie względnie sporego zainteresowania zaczynają świecić pustkami. Wpływ niewątpliwie największy ma jakość i poziom widowiska. Jeżeli kibicowi każe się płacić grube w większości pieniądze za oglądanie kogoś kopiącego niewiele lepiej niż on sam, to efekt jest taki iż pieniądze te w przyszłości trafią na inne cele. Nie posiadając nakładów finansowych pochodzących od najważniejszego sponsora jakim jest kibic, całokształt organizacyjny choćby nawet zasilany kwotami z tytułu praw telewizyjnych, czy umów sponsorskich nie ma racji bytu, a przynajmniej nie na najwyższym poziomie jakim jest piłkarska Ekstraklasa. Nie rozumieją tego chyba w zdecydowanej większości prezesi naszych sportowych organizacji i podpisują wspomniane na wstępie niebotyczne kontrakty z kimś, kto po prostu nie jest tego wart. Piłkarski rynek w Polsce jest zepsuty do szpiku kości. Trudno znaleźć ewenementy w innych dziedzinach życia, które charakteryzują się tym, że garstka najwierniejszych sympatyków ogląda wysoko opłacanych niby specjalistów w swojej dziedzinie. Żeby nie być gołosłownym, to wystarczy spojrzeć na średnią frekwencję nowych obiektów i zauważyć, że zapełniają się one w połowie albo nawet i jeszcze mniej.

Nie tylko jednak poziom sportowy ma wpływ na udział społeczeństwa w imprezach sportowych, bo równie ważna jest cena, za jaką prezesi i ich pomagierzy starają się sprzedać oferowane widowisko. Prawda jest taka, że panuje wśród nich modne przekonanie o zrównywaniu cennika z wyżej ekonomicznie stojącymi społeczeństwami Starego Kontynentu. Zupełne niedostosowanie cen biletów do prezentowanego produktu powoduje, że ludzie wolą chodzić z portfelem w inne niż stadion piłkarski miejsca towarzyskie. Dlatego na kpinę zakrawa reforma, jaką zaserwowali nam włodarze Ekstraklasy… Marazm i regres pozostają faktem”.

Dowodem po­więk­szający się niestety dy­stans fi­nan­so­wy mię­dzy śred­ni­mi li­ga­mi, a tak zwaną Wiel­ką Piąt­ką (An­glia, Hisz­pa­nia, Niemcy, Wło­chy, Fran­cja). Nawet naj­słab­sza w tym gro­nie Ligue 1 dy­stan­su­je konkuren­cję. Same wpływy z „dnia me­czo­we­go” (bi­le­ty i inna sprzedaż) we Fran­cji prze­kra­cza­ją war­tość całej pol­skiej Ekstrakla­sy. Nasuwa się więc pytanie – czy wreszcie u nas ktoś na serio, profesjonalnie, zajmie się klubami oraz rozgrywkami, w których one uczestniczą? Pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi…

                                                                               Maciej Polkowski

Z niewielkimi zmianami w porównaniu do tekstu, który ukazał się w tygodniku „Przegląd” (nr 48, 2013).


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.