romek
czwartek, 19 września 2013, 14:16

Zbigniew Masternak (7) / MOTOR PONAD WSZYSTKO!

Zawsze się zastanawiałem, skąd się biorą działacze sportowi. Faceci, którzy nieraz są w klubie dłużej niż którykolwiek zawodnik. Są tam żeby pomagać klubowi lub żeby na nim zarabiać? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, wszystko zależy, jaki to klub. Są prezesi, jak Józef Wojciechowski w Polonii Warszawa, jak Janusz Filipiak w Cracovii, jak kiedyś Krzysztof Klicki w Koronie Kielce, którzy inwestują (w rzeczywistości zwykle wyrzucają w błoto) swoje prywatne pieniądze. Za granicą jest chyba podobnie. Na przykład potęgę Olimpique Lyon zbudował jeden człowiek J. Aulas. Takich wizjonerów jest jednak niewielu.

Zwykle to banda niespełnionych piłkarsko siuśmajtków. Najbardziej dotkliwie widać to jednak w Polsce, w niższych ligach. Ktoś ma zakłady wędliniarskie, sponsoruje III ligę, ktoś ma cukiernię – stać go na czwartą ligę, ktoś ma kwiaciarnię albo sklep spożywczy – łoży na grajków z A-klasy. I chwała za to tym zapaleńcom. Niestety, często taki działacz to zwykły futbolowy laik, który po prostu uwielbia rządzić. Ci sklepikarze z zarządów, ci wędliniarze, ci strażacy, brr!

Na pewno szczęścia do działaczy nie miał i nie ma tak zasłużony dla Lubelszczyzny klub jak Motor Lublin. Trafiłem tutaj, kiedy dość już miałem biegania po lubelskich chodnikach i lesie nad Zalewem Zemborzyckim. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, gdy przyszedłem na pierwszy trening Motoru (wówczas LKP Lublin), to była potężna chmara piłkarskich działaczy i tylko kilku zawodników. Działacze przyglądali się tylko, czy ktoś dwa razy kopnie dobrze piłkę do przodu – i od razu na sprzedaż gościa. Klub dogorywał, ale po nich nie było widać biedy, po ich tłustych brzuszyskach i dobrych autach.

Nie pozwolili mi grać z pierwszym składem, bo stwierdzili, że miałem za dużą przerwę w grze. Kazali mi pograć w rezerwach i stamtąd ewentualnie przeskoczyć do pierwszego składu. Przez pół roku trenowałem z drugą drużyną, którą tak naprawdę tworzyli juniorzy. Bazowałem głównie na świetnej kondycji z trenowania biegów na średnich dystansach, także nieźle mi szło, mimo że początkowo piłka dość często odskakiwała, jakbym grał nieswoimi nogami. Treningi mieliśmy na zdezelowanym boisku na Majdanku. Musiałem tam dojeżdżać z drugiego końca miasta – mieszkałem wtedy na Węglinie, w dzielnicy cygańskiej.

Z czasów gry w Motorze wspominam swój powrót do niezłej piłkarskiej formy. Zagrałem w meczu studenckim Polska-Laos. Wygraliśmy 3:1, zdobyłem 2 bramki. Zaliczyłem jeszcze sukces w rozgrywkach o Puchar Rektora UMCS – grałem w kadrze prawników. Rok wcześniej było to 3 miejsce.

Wspominam też kilka zdarzeń z meczów ligowych. W jednym ze spotkań oplułem sędziego, kiedy ukarał mnie niesprawiedliwe czerwoną kartką – zostałem za to zawieszony na 3 mecze. Raz wywróciłem stopera większego o dwie głowy ode mnie, a jak się odgrażał, postraszyłem go, że każę Cyganom z Węglina, z którymi żyłem w komitywie, żeby mu pocięli twarz żyletką.

Najbardziej pamiętam nie grę w piłkę nożną, a nienawiść, jaką Motor pałał do Lublinianki Lublin, drugiej zasłużonej drużyny z tego miasta. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby się połączyć – może wtedy byłby jeden silny klub. Albo przynajmniej jeden przeciętny, nie dwa. Wiele lat później Lublinianka połączyła się z Wieniawą i powstała całkiem niezła drużyna. Niestety, na poziom czwartej-trzeciej ligi, nie wyżej. To dziwne, że w tak dużym mieście nie ma kasy na jeden solidny zespól piłkarski. Lublin w ogóle nie wykorzystał swojej szansy jako łącznika z Ukrainą. Z piłką było podobnie. Dla przykładu – zupełnie inaczej sytuacja się przedstawia w porównywalnym wielkościowo Białymstoku – to ważny ośrodek gospodarczy, punkt łączności z Ukrainą, no i umieli stworzyć warunki do promowania się poprzez Jagiellonię, która zdobyła Puchar Polski, dwa razy z rzędu zagrała w europejskich pucharach. W Lublinie o takich sukcesach mogą tylko pomarzyć.

Najlepsi w Motorze Lublin byli i są kibice. Był czas, że klub praktycznie nie istniał, ale zawsze istnieli kibice. Napisy na murach widziałem nawet we Wrocławiu, w Krakowie – „RKS Motor ponad wszystko”. Kibice klubu, który przez pewien czas nie istniał, robili zadymy na meczach reprezentacji Polski.

Kiedy już zaczynałem odzyskiwać formę – po połowie sezonu spędzonym w drugim zespole miałem się przenieść do pierwszego składu – wyrzucili mnie z wydziału prawa na UMCSie. Żeby nie iść do wojska, zwiałem do pobliskiego Lwowa, gdzie miałem wielu znajomych z czasów, gdy dorabiałem zrywaniem jabłek w Sandomierzu.

koniec części 7 – cdn


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.