romek
sobota, 17 sierpnia 2013, 05:27

Krzysztof Gawron: – Groundhopper zajmuje się skakaniem po boiskach…

Jedni zbierają znaczki, inni zwiedzają dalekie kraje, kolejni — jeżdżą po całym świecie by zobaczyć, jak dwudziestu dwóch facetów, na prowincjonalnym stadionie, gania przez dziewięćdziesiąt minut za jedną piłką. Rozmowa z groundhopperem Krzysztofem Gawronem.

– Co to jest groundhopping i na czym polega?

– To połączenie angielskich wyrazów ground, czyli boisko i hopping, czyli skakanie, a w bezpośrednim przekładzie „skakanie po boiskach”. Wolę jednak polską nazwę – turystyka stadionowa. Jest to zabawa polegająca na podróżowaniu na mecze piłkarskie i „kolekcjonowaniu” w ten sposób poszczególnych stadionów.

Dla wielu osób przemierzanie setek kilometrów, by zobaczyć jakieś spotkanie w trzeciej lidze węgierskiej jest pozbawione sensu. Co może fascynować w oglądaniu zespołów, o których większość ludzi nie słyszała?

– Chyba właśnie ta wyjątkowość i egzotyczność. Wizytą na meczu w Barcelonie, Monachium, Londynie czy Poznaniu pochwalić się może wielu kibiców, ale spotkaniem na stadionie w niewielkiej miejscowości na Węgrzech, w Czechach, w Austrii czy Armenii już mało kto.

– Jaki jest Twój wymarzony mecz, wyjazd?

– Moim największym pragnieniem jest zobaczyć z trybun stadionu La Bombonera w Buenos Aires derbowy pojedynek argentyńskich gigantów – Boca Juniors i River Plate.

– Twoja najciekawsza podróż?

– Było takich wiele… Do Budapesztu, kilkakrotnie do Niemiec, podróż dookoła Górnego Śląska czy „tour” po stadionach w podwarszawskich miejscowościach. Wierzę jednak, że te najciekawsze wyjazdy jeszcze przede mną…

– Jakaś szczególna, zabawna przygoda w czasie wypraw?

– Jest ich wiele! Miałem taką na przykład w przerwie meczu Berliner SC – Club Italia Berlino, w jednej z niższych lig w stolicy Niemiec. Poszedłem kupić hot-doga. Okazało się, że płaci się za niego, a potem… trzeba go sobie samemu z dostępnych składników przygotować. Z kolei na spotkaniu piątej ligi czeskiej Český Lev-Union Beroun kontra TJ Sokol Libiš po wejściu na niewielką główną, zadaszoną trybunę okazało się, że spełnia ona zarazem rolę tarasu w mieszkaniu stadionowego spikera. Były tam więc kanapy, krzesła, stolik, doniczki z kwiatami, sznurki do powieszenia prania i grill. Tego typu historii jest naprawdę wiele.

– …a zdarzały się też niebezpieczne sytuacje?

– Bywają i takie… Gorąco było chociażby podczas derbów Budapesztu Ferencváros – Újpest, albo przed spotkaniem Czechy – Polska w Pradze, kiedy dochodziło do starć pomiędzy kibicami lub ich walk z policją. Miałem też kłopoty przed, w czasie i po meczu Polaków ze Słowacją w Bratysławie, nieciekawie było także w Budapeszcie przed meczem Honvedu, kiedy to wskutek bariery językowej, nie miałem pojęcia o co chodzi rozmawiającym ze mną miejscowym, rozjuszonym, ultra – prawicowym kibicom… Choć wymieniłem przygody, które miały miejsce poza granicami naszego kraju, paradoksalnie do tego typu sytuacji dochodzi jednak częściej w Polsce…

– Oprócz tego, że jesteś kibicem i turystą stadionowym sponsorujesz też klub…

– Owszem, już drugi sezon jestem dumnym oficjalnym sponsorem piątoligowej obecnie Nysy Kłodzko… A właściwie nie ja, tylko mój blog – www.MyFootballWay.com

– Znany jesteś z fascynacji ligą czeską oraz jednym z jej klubów.

– To prawda, pod tym względem jestem futbolowym dziwolągiem. Ligę czeską śledziłem z zainteresowaniem już będąc w szkole podstawowej, ponieważ pochodzę z Kłodzka, miasta leżącego blisko polsko-czeskiej granicy, w którym bez problemu odbierane są kanały czeskiej telewizji. Oglądałem więc transmisję z meczów ligowych i reprezentacyjnych naszych południowych sąsiadów i jak to się mówi – połknąłem bakcyla. Po skończeniu studiów wyjechałem do czeskiej Pragi, gdzie już ponad 4 lata mieszkam i pracuję. Fascynacja futbolem tego kraju jeszcze się więc pogłębiła, a dodatkowo zakochałem się w klubie Bohemians 1905, któremu od początku pobytu w Czechach kibicuję. A dlaczego akurat „Bohemka”? Bo zawsze grają mizerny futbol, a klubowi cały czas brakuje pieniędzy na bezproblemowe funkcjonowanie. Poza tym mają znakomitych kibiców i świetny stadion. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

– Na koniec – mecz Realu Madryt czy Aremy Malang (liga indonezyjska)?

– Zdecydowanie to drugie spotkanie! Po pierwsze dlatego, że preferuję niższe, jeszcze nie skomercjalizowane ligi, a po drugie dlatego, że nie lubię Realu…

Rozmawiał,
Szymon Beniuk / magazynpilkarski.pl


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.