romek
czwartek, 15 sierpnia 2013, 10:45

Zbigniew Masternak (5) / Odkrywanie Roztocza, czyli o literaturze filmie i piłce błotnej

Na Roztocze trafiłem po raz pierwszy jako pisarz do wynajęcia. Rola „ghostwritera”, który za pieniądze tworzy dla innych, oddając prawa do swego dzieła, jest od dawna popularna w świecie polityki, sportu i celebrytów. Od pewnego czasu rozpowszechniła się także w Polsce. Najemnicy piszą biografie sportowców – np. Robert Błoński spisał życiorys Jerzego Dudka („Uwierzyć w siebie. 0:3 do przerwy”). W podobny sposób powstają książki, sygnowane potem nazwiskami znanych aktorek, jak choćby „dzieła” Katarzyny Cichopek. Często taki autor-widmo ogranicza się w wzięcia gotówki i często nie występuje w stopce redakcyjnej.

W 2010 roku dużą popularnością cieszył się film Romana Polańskiego – „Ghostwriter”. Tytułowy bohater (świetna rola Ewana McGregora), brytyjski pisarz, podjął się spisania wspomnień byłego premiera Wielkiej Brytanii, którego grał Pierce Brosnan. Ghostwriter podczas pracy nad książką odkrywał kolejne ślady potwierdzające związki pomiędzy premierem a CIA. To była frapująca historia. Niestety, moja przygoda z rolą pisarza-widma była znacznie mniej spektakularna. Na początku 2009 roku dostałem propozycję od aktora i reżysera Mariusza Pujszy, żebym napisał biografię jego i jego kolegi, operowego śpiewaka Piotra Wyrwasa – „Królowie życia”. Zgodziłem się, mimo że Pujszo, kreujący się na milionera, zaproponował mi mizerną zaliczkę – wierzyłem, że zamiast tego będę mógł podejrzeć z bliska obcy mi świat celebrytów (albo przynajmniej tych, którzy usiłują za nich uchodzić). Zaczęły się moje przyjazdy do posiadłości Pujszy pod Zamościem – dużego pensjonatu z parą służących i psem. Dostawaliśmy z Renią przytulny pokoik na parterze. Jeździliśmy tam zwykle zimą, przyroda w pobliżu była niesamowita, w końcu to obrzeże Roztocza. To od przyjazdów tutaj zaczęła się moja fascynacja tymi stronami.

Wszędzie na ścianach wisiały fotografie gwiazd filmu z całego świata (np. G. Clooneya), ale najwięcej było tych z Francji (Depardieu), gdzie Pujszo zrobił sporą karierę – nakręcił m.in. głośny film „Królowie życia”. Pujszo chwalił się, że we Francji zagrał jako aktor w 200 czy 300 filmach, niekiedy były to duże role. Te gwiazdy na ścianach, dosłownie wszędzie, robiły wrażenie, chociaż niekiedy wydawało się, jakby Pujszo przyssał się do nich z zaskoczenia, a ktoś (żona reżysera?) pospiesznie strzelił fotkę. Po powrocie do Polski kariera Pujszy mocno wyhamowała, kojarzył się głównie z kiczowatymi produkcjami w stylu… „Polisz Kich projekt” (2006).  Ale był też redaktorem naczelnym pisma Gentleman na Polskę. Jego egzemplarze także wszędzie się poniewierały, nawet w toaletach.

Na przyjęciach u Pujszy bywali znani polscy aktorzy i reżyserzy, każdej takiej imprezie towarzyszyło zainteresowanie lokalnych mediów, których w Zamościu jest zaskakująco dużo.

Gdyby Pujszo pozwolił mi opisać historię swoją i Wyrwasa tak, jak mu to proponowałem, mogła powstać ciekawa proza biograficzna. Niestety, Pujszo chciał to wszystko pisać właśnie już z perspektywy posiadacza pensjonatu w Pujszanach, a nie początkującego artysty. Zacierał ślady, marne życie emigranta stanu wojennego próbował zamienić w dobry żart, z klasą. Napisałem po paru miesiącach nagrywania ich wspomnień na dyktafon i przyjeżdżania pod Zamość, albo do Warszawy (klub Maska) pierwszą pełną wersję książki. W sumie wyszła całkiem fajna – jeszcze niedoszlifowana, ale coś w sobie miała, jakąś lekkość, młodzieńczy wygłup. Może dlatego fajnie mi się ją pisało, że w tym samym czasie opracowywałem swoją książkę o podróży i życiu we Francji – „Nous sommes les Polonais”, część czwartą cyklu „Księstwo”. Moje przygody rozgrywały się ćwierć wieku później, ale miały wiele wspólnego z tym, co przeżyli Pujszo z kamratem.

Napisałem pierwszą pełną wersję i… zostałem zwolniony. Pujszo zwolnił mnie po tym, jak umieściłem swoje nazwisko obok niego i Wyrwasa na okładce komputeropisu. Miałem być goostwriterem, a nie współautorem, o czym zapomniałem, wykonując tyle ciężkiej roboty za gorsze.

Na Roztocze wróciłem dwa lata później – w połowie czerwca 2011 pojechałem na spotkanie autorskie do Krasnobrodu. Zaczęło się od literatury, a skończyło na piłce nożnej. Zanim zostałem pisarzem, chciałem być piłkarzem. Gram w piłkę nożną z przerwami do dziś. Od Tomka Pakuły, który był moderatorem wieczoru, dowiedziałem się, że powstaje tam klub grający w piłkę błoną. Błotny Klub Sportowy „Roztocze” Krasnobród – taka nazwa się ustaliła. Szybko wyraziłem chęć gry – dość miałem gry na zwykłej murawie w MKS Puławiak Puławy. Piłka błotna wydała mi się odpowiednim dla mnie wyzwaniem. To nowy sport, jej początki sięgają roku 1998, kiedy to w Finlandii biegacze narciarscy, przygotowujący się do sezonu, rozegrali pierwszy mecz na błocie. W przypadku tej odmiany piłki zasady odbiegają nieco od tych z trawiastej nawierzchni. Mecz toczy się w wymiarze czasowym dwa razy dwanaście minut, a na boisku przebywa sześciu zawodników (pięciu plus bramkarz). Rzuty karne, wolne, rożne czy auty wykonywane są poprzez podrzucenie piłki i wybicie jej nogą. Jeżeli podczas trwania zawodów piłkarz zgubi buta, automatycznie musi opuścić plac gry, a jego miejsce zajmuje jeden z graczy rezerwowych. Za boisko posłużyła nam zaorana łąka nad rzeką Wieprz, nieopodal kaplicy na wodzie. Bramki zmontowane zostały z kilku patyków. Trzeba dodać, że krasnobrodzki obiekt spełnia oficjalne wymiary, które wynoszą dokładnie 60 na 35 metrów. Przed rozpoczęciem meczu miejscowa straż wylała hektolitry wody na plac gry, dzięki czemu z minuty na minutę konstruowanie jakichkolwiek akcji dla obu ekip stawało się bardzo trudne i graniczyło jedynie z cudem.

W pierwszym meczu, z Arsenalem Lublin, nie mogłem się odnaleźć, tak jak chciałbym – nogi grzęzły w błocie, nie dało się właściwie ustawić stopy, wyjść w tempo na pozycję. Parę okazji, które na zwykłej murawie wykorzystałbym z zamkniętymi oczami, tutaj zmarnowałem. W drugim meczu, mimo że rozegranym z dziewczynami, czułem się już znacznie lepiej i zdobyłem 3 gole. Nagle zacząłem lepiej uderzać z przewrotki, co jest moim znakiem rozpoznawczym, dobrze ustawiałem się do piłek wyrzucanych przez bramkarza, dogrywanych przez kolegów. Gry w piłkę błotną nie da się nauczyć, bo zbyt wiele tutaj przypadku. I to w tym najpiękniejsze. Ta gra niweluje różnice w wyszkoleniu technicznym poszczególnych zawodników i szansę, żeby się wykazać, mają nawet ci teoretycznie słabsi. Z kolei wirtuozi z normalnej płyty wcale nie muszą tutaj potwierdzić klasy. Podczas meczu panowała wspaniała atmosfera – wszyscy świetnie się bawili, i zawodnicy, i licznie zgromadzeni kibice. Gra trwała 24 minuty, a mnie się wydawało, że to pełny wymiar meczu, tyle się podczas niego działo.

Było potem jeszcze parę ważnych meczów, które na długo zapamiętam. Na przykład ten z Los Brokeros 9:0 Lublin. Była to trzecia gra kontrolna naszej błotnej drużyny. Po remisie z Arsenalem Lublin spisaliśmy się o niebo lepiej, aplikując gościom aż sześć bramek, nie tracąc żadnej. Mieliśmy już nowe koszulki. Pomarańczowe, z naszym herbem, którego najważniejszym symbolem był mały silny konik, tarpan. Zmaganiom BKS Roztocze i Los Brokeros towarzyszyło mnóstwo walki i ostrych zagrań. Udało nam się szybko wyjść na prowadzenie – pewnym strzałem pomiędzy nogami jako pierwszy zmusiłem bramkarza gości do kapitulacji. „Grający na co dzień w barwach Puławiaka Puławy zawodnik w przekroju całego meczu dołożył jeszcze trzy trafienia i bez dwóch zdań należał do wyróżniających się zawodników na boisku” – napisał w relacji z tego meczu dziennikarz portalu lubelskapilka.net i byłem dumny z tej „recenzji”, bardziej, niż z niejednej recenzji moich książek. Wygraliśmy 6:0, a Los Brokeros po tym meczu się rozpadli. Kibice łatwo mogli sprawdzić, kto najbardziej się starał, a kto włożył w spotkanie najmniej wysiłku. Wyznacznikiem zaangażowania była ilość błota na koszulkach, getrach, butach i twarzy zawodników. Każdy jednak obowiązkowo rzucił się jeszcze raz w błoto po ostatnim gwizdku sędziego, aby w taki właśnie sposób zakończyć udane zawody, bez względu na to, czy były one wygrane, czy też przegrane. Wszyscy się dobrze bawili i o to w głównej mierze chodzi. Bo piłka, zarówno ta zielonej murawie, jak i ta na błocie, powinna jednoczyć i sprawiać satysfakcję. Ten mecz był dla mnie ważny z jeszcze jednego powodu – trafiłem na plakat reklamujący ten mecz. Dość już miałem plakatów anonsujących moje spotkania autorskie. Miałem wrażenie, jakby czas się cofnął o 14 lat, gdy grałem w OKS-ie Opatów.

Trzeci mecz, który pamiętam, to sparing z Niemcami. W niedzielę 31 lipca 2011 roku na 4Fiter Arenie w Krasnobrodzie, a w zamyśle 3 lipca 1974 roku na Waldstadion we Frankfurcie zmierzyły się reprezentacje Polski i Niemiec. Wszystko to odbyło się w związku z kręceniem materiału reklamowego na Euro 2012, promującego futbol w Polsce, nagrywanego przez Studio Filmowe K z Puław. W role Kazimierza Deyny, Jana Domarskiego, Roberta Gadochy, czy też Gerda Muellera, Juergena Grabowskiego i Franza Beckenbauera wcielili się piłkarze BKS Roztocze. Nie zabrakło niczego, były stroje narodowe, hymny, dopisali również kibice. Już w pierwszej minucie spotkania Die Nationalelf wyszli na prowadzenie za sprawą Dawida Kuczmaszewskiego, który precyzyjnym strzałem głową pokonał zaskoczonego i chcącego zastąpić w bramce Jana Tomaszewskiego – Przemysława Czubata. Kolejne minuty należały już do Biało-Czerwonych – wyrównaliśmy po moim uderzeniu z rzutu karnego. W całym spotkaniu dołożyłem jeszcze cztery bramki, w tym jedną przepiękną, z przewrotki! Próbowałem wiele razy i w końcu się udało. Pozostałe trzy trafienia dla Polski zaliczył Tomek Pakuła. Niemców stać było tylko na 3 gole. Także był to srogi rewanż za rok 1974. Powstał z tego film, który potem trafił na YouTube i jest doskonałą reklamą piłki błotnej. Obejrzało go już z pół Europy, dzięki linkowaniu przez holenderski portal FutbolCulture, zajmujący się ekstremalnymi odmianami piłki nożnej.

Punktem kulminacyjnym naszych przygotowań były rozegrane 21 sierpnia, w Krasnobrodzie, I Mistrzostwa Polski w Piłce Błotnej. Wygraliśmy tę imprezę, a ja zdobyłem 4 gole i zostałem królem strzelców. Nie było łatwo, bo dwa tygodnie wcześniej, podczas jednego z meczów towarzyskich, złamałem żebro i grałem na środkach przeciwbólowych. Był to dla mnie największy sukces sportowy, od brązowego medalu w przełajach w 1998 roku. 14 lat minęło, a ja nadal biegałem w krótkich spodenkach. Dzięki temu zwycięstwu zdobyliśmy prawo, by za rok reprezentować Polskę w Mistrzostwach Świata w piłce błotnej, które zostaną rozegrane w szkockim Inverness. A moja forma strzelecka też została dostrzeżona w Polsce. Dziennikarze „Uważam Rze” sugerowali nawet Smudzie, żeby mnie powołał do reprezentacji Polski na Euro 2012.

Trzeci etap odkrywania przeze mnie Roztocza dokonał się dzięki festiwalowi filmowemu w Zwierzyńcu. O Piotrze Kotowskim usłyszałem popijając piwo w klubie studenckim „Chatka Żaka”, w 2000 roku, kiedy byłem studentem wydziału prawa UMCS w Lublinie. Szefował prężnie działającemu w „Chatce” DKF-owi. Miałem wtedy jeszcze dość naiwne wyobrażenie o kinematografii – zaproponowałem mu sfilmowanie mojego pierwszego opowiadania „Ki diabeł?”. Popatrzył na mnie jak na wariata – w DKF-ach o filmach się dyskutuje, a nie zajmuje ich produkcją. I nasze drogi się rozeszły. Kotowski był zajęty przygotowywaniem pierwszej edycji Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Nie wierzyłem, że mu się uda.

Minęło 12 lat i zaprosił mnie na jej XII edycję – do Zwierzyńca przyjechałem z filmem „Księstwo”, opartym na mojej prozie. Opowiadanie, które chciałem kiedyś nakręcić, zostało sfilmowane w „Księstwie” przez Barańskiego. Kotowski to zauważył – po pokazie powspominaliśmy wydarzenia sprzed 12 lat.

Ekipę filmu reprezentowałem ja i Zbyszek II, czyli Rafał Zawierucha. Po pokazie na widowni zostało ¾ widzów. Większości film się podobał – ktoś stwierdził, że to taka polska prowincja w pigule, ktoś wyraził zdziwienie, że film został przemilczany w Gdyni. Na koniec trafił się też głos krytyczny. Chodziło o ostatnią scenę – że jest nieprawdziwa, bo kałasznikow inaczej strzela i to błąd. Ja na to, że nie znam się na broni. Dodałem, że u mnie w książce główny bohater nie ginie, tylko ktoś mu grozi bronią. Czy mógłbym uśmiercić go już w pierwszej książce, skoro zaplanowałem wieloczęściowy cykl? Ostatnia scena nastręczyła jeszcze jeden problem – w Kazimierzu Dolnym przeczepił się do niej Grzegorz Królikiewicz. Że zbyt jawnie nawiązuje do „Popiołu i diamentu”. O czym nawet nie pomyślałem. Profesor z powrotem odesłał mnie do szkoły scenariuszowej, gdzie mnie kiedyś uczył.

Na sali byli obecni moi koledzy z BKS Roztocze Krasnobród. Jeden z nich zapytał, czy udało mi się w końcu znaleźć harmonię ciała i umysłu, o której tyle mówi się w filmie. Odpowiedziałem, że to chyba właśnie się dzieje. Dowód? Tego samego dnia „Gazeta Zamojska” w artykule „Bo zabrakło błota” opisała mnie jako utalentowanego piłkarza, a z kolei w gazetce festiwalowej „Zwierzyniec filmowy” ukazał się artykuł o mnie i o „Księstwie” – „Koniec z sielankami”. Stan raczej chwilowy, ale ważne, że udało się go wreszcie osiągnąć.

W ramach LAF, na godzinę przed pokazem „Księstwa”, w ratuszu odbyło się spotkanie z redakcją „Akcentu”. Prowadził je Bogusław Wróblewski. Przypomniały mi się czasy, kiedy przychodziłem do „Akcentu”, przynosząc do czytania swoje pierwsze teksty. Patrząc na Wróblewskiego, zastanawiałem się, czy pamięta, jak podczas jednej z wizyt wylałem mu przypadkiem na redaktorskie biurko kubek kawy, zalewając wszystkie ważne papiery. Chyba pamiętał, bo odwrócił wzrok.

Do Zwierzyńca zabrałem żonę i czteroletniego synka – okazało się, że LAF to festiwal rodzinny. Wśród widzów dominowały pary, w wieku między dwadzieścia kilka a trzydzieści kilka lat – pewnie dzieciaki zostawili w czymś w rodzaju festiwalowego przedszkola, gdzie maluchy także mają filmy do oglądania. Wiktorek obejrzał z uwagą „Hotel dla psów”, wybierał się też na filmy o autach i mrówkach. To się nazywa edukacja filmowa przyszłych pokoleń.

Rzadko kiedy jakaś impreza artystyczna tak bardzo odciska swoje piętno na miejscu, w którym się odbywa, jak Letnia Akademia Filmowa na Zwierzyńcu. Przez 12 lat rozbudowała się baza noclegowa, miasto stało się zadbane, więcej ludzi ma pracę, no i rozwinęła się turystyka. Sztuka zrobiła coś dla ludzi.

Jedyne, co mnie rozczarowało, to fakt, że w Zwierzyńcu nie ma ZOO. Bo jak naiwnie sądziłem, że skoro „zwierzyniec” to musi być ZOO. A najbliższe znajduje się w Zamościu i w dodatku jest w remoncie.

Literatura, film, piłka błotna – każdy pretekst jest ważny, żeby poznać Roztocze. Myślę, że znajdę sobie jeszcze kilka innych, nie mniej ważnych.

koniec cz. 5 – cdn 

Foto1 – Masternak podczas pierwszego spotkania autorskiego w Krasnobrodzie. Foto2 – w zespole Puławiaka Puławy. Foto3 – „Nech żyje wolność” to część KSIĘSTWA, Foto4 – Zbigniew Masternak z żoną w Sandomierzu.


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.