kamilkmiec
niedziela, 26 września 2010, 12:32

Strzały z dystansu rozstrzygnęły rywalizację. Polonia Przemyśl – Tomasovia 4:1

Dotychczas spotkania z Polonią Przemyśl, nie kojarzyły się piłkarzom ani sympatykom Tomasovii w jakiś szczególny sposób. W przeciągu ostatniej dekady było ich zaledwie cztery, dodatkowo żaden z nich nie zapadł na dłużej w pamięci. Od teraz prawdopodobnie się to zmieni, bo w Przemyślu „niebiesko-biali” doświadczyli prawdziwego nokautu, przegrywając aż 1:4, choć po golu Jacka Kusiaka, tomaszowianie prowadzili 1:0 i wydawało sie, że są na jak najlepszej drodze do odniesienia trzeciego z rzędu zwycięstwa. Może i by się udało, gdyby nie fantastyczna skuteczność zawodników Polonii. Słowem: co strzelali, to wpadało.

Jeżeli ktoś zdecydował się postawić większe pieniądze na zwycięstwo gospodarzy sobotniego pojedynku, z pewnością zgarnął „kokosy”. Tomasovia była zdecydowanym faworytem i przemawiały za nią nie tylko statystyki, ale również solidna kadra i trzecioligowe doświadczenie. To wszystko gdzieś z graczy TKS uleciało i zamiast radości z kolejnej wiktorii, należy przełknąć następną gorzką pigułkę. Sporą kompromitacją wydawała się już porażka na własnym obiekcie z Olendrem Sól 1:2, ale chyba nikt nie przewidział, że może być jeszcze gorzej. Trener Zbigniew Kuczyński kolejny raz postanowił poeksperymentować i w miejscu Tomasza Siomy na obronie pojawił się Maciej Banaś, który ostatnie spotkania (po fatalnym występie przeciwko Wiśle Puławy) zaczynał na ławce rezerwowych. A skoro już jesteśmy przy ławce rezerwowych, warto wspomnieć o braku na niej Łukasza Bartoszyka, a więc zmiennika grającego obecnie między słupkami tomaszowskiej bramki Piotra Waśkiewicza. Czy aby decyzja o niezabraniu do Przemyśla drugiego, rezerwowego golkipera, była przemyślana? Ciężko przypomnieć sobie podobny mecz, w którym doszło do takiej sytuacji. Polonia przed spotkaniem z Tomasovią, startowała z 14., spadkowego miejsca, mając na koncie zaledwie 6 punktów i jedno zwycięstwo.

„Lekko, łatwo i przyjemnie” – pomyślała sobie zapewne większość osób po informacji lub obejrzeniu na żywo tego, co wydarzyło się w 3. minucie spotkania. W ekspresowym tempie, Tomasovia wyszła na prowadzenie za sprawą Kusiaka, który wykorzystując podanie Przemysława Wawrycy (jego trzecia asysta w drugim meczu), poczekał na ruch bramkarza i strzałem w kierunku dalszego słupka, umieścił piłkę w siatce. Tomaszowianie ambitnie atakowali do przodu, ale nie mogli przewidzieć tego, co wydarzy się w 7. minucie. Rzut wolny z ponad 25 metrów wykonywał Paweł Załoga, przymierzył i fenomenalnym uderzeniem „zdjął pajęczynę” ze spojenia słupka z poprzeczką bramki Waśkiewicza. Gol, jakiego nie powstydziły by się największe europejskie gwiazdy futbolu, wprawił w ogromny zachwyt niezbyt licznie zgromadzoną tego dnia publikę. Obrońca Polonii, a zarazem jej kapitan, okazał się najmocniejszym punktem zespołu i – jak się później okazało – całego widowiska. Kolejny raz doświadczony defensor postraszył Tomasovi w 17. minucie, gdy po jego groźnej centrze z narożnika pola karnego, Waśkiewicz zmuszony był piąstkować piłkę 5 metrów przed własną bramką.

Jacek Kusiak choć zdobył gola już w 3. minucie spotkania, to nie mógł być zadowolony z końcowego wyniku.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie. W 18. minucie Ireneusz Baran wykorzystał niezdecydowanie Marka Gwoździa, odebrał mu futbolówkę, a następnie po paru metrach biegu, dośrodkował do Wawrycy, który strzelił głową obok słupka. Spotkanie wydawało się wyrównane, jednakże były to tylko pozory. Kolejne ataki były efektem składnych akcji przeprowadzanych przez „Polonistów”, lecz ich efektem była niedokładność, bo najpierw Arkadiusz Gosa nie trafił dobrze w piłkę, a potem Łukasz Tyrawski uderzył za słabo. W 33. minucie Paweł Zatorski mocno zakręcił piłkę w pole karne, gdzie wybił ją poza „szesnastkę” bramkarz Artur Kuźma, a po błyskawicznej kontrze, miejscowi zdobyli gola na 2:1. Z lewej flanki do piłki dopadł Gosa i z 20 metrów idealnie przymierzył tuż pod samą poprzeczkę bramki Waśkiewicza. Pomimo swojego wzrostu, postury i umiejętności, nawet taki golkiper jak „Pepe”, w tym momencie nie miał nic do powiedzenia. Tomasovia co prawda odpowiedziała bramką Jarosława Pacholarza w 37. minucie, niestety napastnik TKS zrobił to w sposób nieprzepisowy i sędzia Tomasz Jagieła z Krosna, odgwizdał pozycję spaloną. Tomasz Raczkiewicz postanowił pójść w śrady Załogi i również zdecydował się na uderzenie z rzutu wolnego. Jego strzał w 42. minucie sparował jednak ostatkiem sił bramkarz Kuźma na rzut rożny. Pomimo, iż była już doliczona minuta pierwszej połowy i arbiter coraz częściej sprawdzał na zegarek, Polonia miała jeszcze jedną okazję. Kolejny raz do piłki podszedł Załoga i z 30 metrów huknął nie do obrony tuż przy słupku tomaszowskiej bramki i w taki właśnie sposób Tomasovia schodziła do przerwy z dwubramkową stratą.

Sympatycy Polonii (a prawdopodobnie również sami piłkarze ) z dużym spokojem oczekiwali kolejnych 45 minut. Patrząc po przebiegu pierwszej połowy, nie mogło być chyba wątpliwości, kto zgarnie komplet punktów. Jakby chcąc temu zaprzeczyć, pierwsi z impetem zaatakowali przyjezdni. Po zgraniu piłki ze środka boiska, w 48. minucie Pacholarz bardzo mocno uderzył tuż obok bramki ekipy z Przemyśla. Trzymając się stwierdzenia, że Polonii wychodzą tego dnia strzały z dalszych odległości, w 53. minucie Lee Quaye uderzył z dystansu, a piłka po sekundzie znalazła się w rękach Waśkiewicza. Dwie minuty później w zespole TKS zaszła dość niezrozumiała zmiana, ponieważ w miejsce dobrze dysponowanego Kusiaka, wszedł Patryk Słotwiński, który de facto jest pomocnikiem. Dlaczego przy stanie 1:3, trener Kuczyński zdecydował się na taki ruch – pozostanie to jego tajemnicą. Chwilę później do rozwiązania była kolejna łamigłówka, mianowicie jak Tomasovia mogła dopuścić do straty kolejnej bramki? Stało się tak w 61. minucie, gdy Mateusz Wanat wykorzystał centrę z lewej strony boiska i w sobie tylko znany sposób, wcisnął piłkę między słupek a pilnującego go bramkarza gości.

Podopieczni trenera Krzysztofa Stefanowskiego byli pewni swego i postanowili oddać pole gry rywalom. Skutkiem tego były akcje, jakie Tomasovia przeprowadziła w 63. i 65. minucie, a najaktywniejsi byli wówczas wprowadzony Marcin Żurawski oraz Irek Baran. Nawet oni nie mogli odwrócić losów tego spotkania, a mogło być jeszcze gorzej, ponieważ w 66. minucie Załoga wykonywał kolejny rzut wolny i po jego atomowym strzale, piłka odbiła się od poprzeczki. Przypadek, błąd Waśkiewicza? Nic z tego. Kapitan Polonii strzelił bardzo mocno i precyzyjny, a „Pepe” odprowadził tylko futbolówkę wzrokiem, myśląc, że wyjdzie ona poza plac gry. Bardzo słabo prezentował się druga linia „niebiesko-białych”, każda piłka była ekspresowo kasowana przez miejscowych, a jeżeli już Tomasovii udało się dośrodkował piłkę ze skrzydeł, to na posterunku byli Załoga z Waldemarem Jarochem. Po jednego właśnie z takich centr w wykonaniu Michała Skiby, w pole karne wbiegł energicznie Żurawski i oddał płaski strzał, który bez problemu wyłapał Kuźma. W 76. minucie błąd Zatorskiego mógł kosztować tomaszowian utratę gola, bo w sytuacji niemal sam na sam z bramkarzem, znalazł się Quaye i tylko przez odbicie się futbolówki od nierówności na boisku, Waśkiewicz wybronił ją jedną ręką, uderzoną w jego kierunku.

Trener Zbigniew Kuczyński miał o czym myśleć po końcowym gwizdku sędziego.

Minutę później, na placu gry zameldował się Mateusz Kęczkowski, dla którego był to oficjalny debiut w pierwszej drużynie TKS w rozgrywkach mistrzowskich. Chwilę później, kolejny raz z dystansu próbował Gosa, tym razem piłka już nie dostała odpowiedniej rotacji i mocy, dzięki czemu szybko Waśkiewicz wznawiał grę wykopem z piątego metra. Kibice niemal wstali z miejsc w 84. minucie, bowiem po zagraniu Wanata, Quaye nie trafił dobrze w futbolówkę, do której dopadł Gawłowski i uderzył mocno w kierunku dalszego słupka. Niepowodzenie przyjęli jednak z uśmiechem na ustach i gromkimi brawami, wiedząc, że i tak ten mecz jest już od wielu minut rozstrzygnięty. W ostatnich 25 minutach, gościom brakowało przede wszystkim dokładności, niekiedy akcji z pierwszej piłki, aby móc w pewien sposób zaskoczyć „Polonistów”. Dodatkowo przytrafiały się indywidualne błędy, co przełożyło się na taki, a nie inny wynik.

Na usta ciśnie się wiele słów, jakimi można podsumować przegrane spotkanie w takich rozmiarach. Nie ulega wątpliwości, że Polonia Przemyśl była lepsza i chociażby chwała jej za to, że z kilku świetnych sytuacji, jakie sobie stworzyła, wykorzystała więcej niż połowę. Tego nie potrafiła dokonać Tomasovia, płacąc za to wysoką porażką. Czy po raz kolejny mamy wracać do punktu wyjścia i twierdzić, że to był wypadek przy pracy? Wychodzi na to, że nie, bo czy o przypadku można mówić w starciu z drużyną, która przed tą kolejką była w strefie spadkowej? Zarówno trener, jak i piłkarze, muszą sobie odpowiedzieć na kilka ważnych pytań. Jak one brzmią, wiedzą oni sami najlepiej.

Polonia Przemyśl – Tomasovia Tomaszów Lubelski 4:1 (3:1)

Załoga 7, 45, Gosa 35, Wanat 62 – Kusiak 3

Polonia: Kuźma – Harłacz (46 Kurylak), Jaroch, Załoga, Gwóźdź – Gosa, Tyrawski, Kazek, Gałowski – Quaye, Wanat

Tomasovia: Waśkiewicz – Raczkiewicz (83 Leśko), Zatorski, Banaś, Skiba – Stefanik, Chwała, Baran – Pacholarz (77 Kęczkowski), Wawryca (59 Żurawski), Kusiak (55 Słotwiński)

żółte kartki: Gawłowski (Polonia) – Pacholarz, Stefanik, Banaś (Tomasovia)

sędzia: Tomasz Jagieła, asystenci Grzegorz Żurawski, Grzegorz Meier (Krosno)

widzów: 300


Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.