admin
niedziela, 27 września 2009, 12:13

LEKSYKON lubelskiej piłki @ Ireneusz LORENC * Na boisku „człowiek trenera”…

Giermek trenera Bronisława Waligóry pojawił się w Lublinie za sprawą poszukiwacza talentów Konrada Kamińskiego.

– Zapamiętałem go jako bardzo ruchliwego skrzydłowego z najlepszego okresu gry Motoru – mówi były dziennikarz Sztandaru Ludu Henryk Szymczyk. – Jakby naśladował Alana Simonsena. Wszędzie na boisko było go pełno. Gdy nie dawał rady z lewej strony boiska, pędził gdzie indziej. Szarpał, dryblował, strzelał z szesnastu metrów do bramki, aby tylko oszukać obrońców i golkipera.

Ireneusz Lorenc pojawił się w Lublinie razem z trenerem Waligórą w 1979 roku. Wcześniej był zawodnikiem Zagłębia Lubin. Kibice z Alei Zygmuntowskich mieli już dość ciągłego dobijania się do I ligi. Przez pięć lat Motor był o krok od awansu, ale zwykle na finiszy brakowało jednak „przysłowiowego punkciku”. Po mieście i regionie głoszono informacje, że piłkarze nie chcą awansować, bo w ekstraklasie będzie mniej zwycięstw i mniej premii. Waligóra miał być lekarstwem na to zło. On – pogromca Manchesteru City, wychowawca Bońka i innych. Trener mocnej ręki i nietuzinkowych pomysłów na prowadzenie drużyny i organizację jej gry.

Waligóra, z zawodu chemik, a więc umysł ścisły, wielką wagę przykładał do właściwego wypełniania zadań taktycznych na boisku. Podobnie jak Boniek w Widzewie, w Motorze też potrzebny był mu taki zawodnik – posiadający charakter, „szarpiący grą”, o błyskotliwym dryblingu i dobrym przyśpieszeniu. I znalazł gdzieś w III lidze Ireneusza Lorenca. I stała się rzecz co najmniej dziwna, starzy drugoligowi wyjadacze z Lublina otrzymując wsparcie w postaci utalentowanych piłkarzy klas niższych, nie tylko ich zaakceptowali, ale szybko wszyscy znaleźli wspólny cel i podporządkowali się walce o nie go. Drużyna nabrała pewności siebie w walce o awans.

Waligóra zawsze wspominając okres pobytu w Lublinie, mówi o doskonałej atmosferze i o tym, że od niego w województwie ważniejszy był już tylko I sekretarz komitetu partii:

– Przywieźliśmy do Motoru nikomu nieznanego napastnika z drugiego końca Polski. Kibice łamali głowę kto go wymyśli, nie wierzyli w jego talent. Po kilku meczach Ireneusz Lorenc był ich ulubieńcem.

Trener miał wolną rękę w przygotowaniu drużyny. A ponieważ zawsze na pierwszym planie w jego pracy była dyscyplina, potrafił kontrolować zachowanie i styl życia zawodników. Tylko nieliczni wiedzieli, że awans do I ligi jest „popierany” przez czynniki polityczne. Waligóra pilnował piłkarzy w dzień i w nocy. Wiedział, że zarabiają nieźle i bał się, że lokalna sława może niejednemu zawrócić w łepetynie. „Dworek Grafa” kusił swoimi walorami.

Kiedyś w Zamościu wspominaliśmy tamte czasy. Spytałem trenera o jego słynne nocne kontrole poszczególnych graczy. Uśmiechnął się tylko i nic nie powiedziawszy, sam spytał skąd o tym wiem?
To, czy prawdą jest, że uczestniczył w pogoni za „iksem”, po namierzeniu go na jednej z imprez, może do dzisiaj uchodzić za anegdotę, lecz wówczas tego rodzaju informacje lotem błyskawicy obiegały Lublin. Co niektórzy mówili nawet, że pogoń zakończyła się na dachu jednego z wieżowców! Czy była to prawda, czy nie – pewnie nigdy się nie dowiemy, jedno natomiast jest pewne, gdyby tak było, to po ujawnieniu faktów, już żadnemu „iksowi” nie przyszłoby do głowy ryzykować uczestnictwa w balangach.


Trener miał posłuch i porządek w zespole, a chłopaki grali jak z nut. Dwadzieścia pięć tysięcy kibiców na każdym meczu w Lublinie oklaskiwało kolejne zwycięstwa Motoru i wspaniałe bramki.
Ot, choćby dwa kapitalne gole Bronka Kowalskiego w meczu z zawsze nieobliczalną Avią Świdnik w 1980 roku.

Największą gwiazdą był jednak Ireneusz Lorenc. Jego rajdy skrzydłami, asekurowane przez Popa lub Jagiełłę siały popłoch w drużynach rywali. Pierwszym walorem Lorenca był start do piłki. On zaraz po przyjęciu jej zrywał się do ataku, podczas gdy opiekunowie czekali na kiwkę lub zwód. Posądzano go o indywidualizm, lecz tak naprawdę, to tak samo często podawał futbolówkę kolegom, jak i sam szedł na przebój. Fakt, że często był nieskuteczny, ale przecież jedną nieszablonową akcją potrafił zmienić wynik. Rzadko bił na silę. Jego strzały były raczej „ukąszeniem”. Piłka robiła kozła przed bramkarzem, zmieniała kierunek lotu, wymykała się z rąk…


Oto kilka fragmentów metryk meczów z udziałem Lorenca: Motor – Broń Radom 4:0 ( Mącik, Wiater, Lorenc, Lorenc), Motor – Radomiak 4:0 (Jagiełło, Mącik, Przybyła, Lorenc), GKS Tychy – Motor 1:2 (Mącik, Lorenc), Resovia Rzeszów – Motor 1:2 (Mącik, Lorenc), Motor – Polonez Warszawa 3:1 (Mącik, Lorenc, Kowalski), Avia – Motor 1:4 (Pop, Lorenc, Przybyła, Leszczyński), Raków Częstochowa – Motor 1:2 (Świętek, Lorenc), GKD Jastrzębie – Motor 0:1 (Lorenc), Motor – GKS Tychy 1:0 (Lorenc). Przykłady można by było mnożyć i mnożyć. Szesnastego sierpnia 1980 roku na stadion przy Alejach Zygmuntowskich ponownie przyszło dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Była piękna, słoneczna pogoda. Na trybunach vipów nie można było włożyć szpilki.

„Zrozumiałe skądinąd radość z awansu dosłownie rozpierała lublinian. Do tego stopnia, że w owym entuzjastycznym chaosie nieco się pogubili. Na trybuny wpuszczono za dużo ludzi, porządkowi nie potrafili uporać się z tym i zrobiło się wielkie zamieszanie” – tak rozpoczął relację z meczu Tomasz Wołek z Piłki Nożnej, dziennikarz, który później zasłynął z literackich opisów gry południowo-amerykańskich wirtuozów piłki.
Motor zremisował na inaugurację I ligi z Zagłębiem Sosnowiec (między innymi z Mazurem, Mikołajówem, Dworczykiem, Geszlechtem i trener Strejlauem na czele). Wynik 1:1 nie przyniósł mu jednak ujmy.

Oto co napisał jeszcze Tomasz Wołek:
„Debiutant wykazał, że posiada podstawy techniczne do gry w I lidze. Większość lubelskich zawodników prezentowała się pod tym względem korzystnie, a niebanalne, zaskakujące zwody Lorenca byłyby ozdobą każdego meczu”.

Ostatecznie Motor zajął dziewiąte miejsce na mecie pierwszego sezonu w ekstraklasie, a Lorenc strzelił trzy gole. Pierwsza liga była jednak trudniejszym etapem w historii klubu. Jednak radość jaką podopieczni Waligóry dali przez ten sezon spragnionym gry na najwyższym poziomie lubelskim kibicom, jest nie do zapomnienia. Szczególnie teraz, gdy Motor grawitował pomiędzy trzecią i czwartą ligą. Teraz występuje w I lidze.

A wspomnienia o Waligórze i jego „giermku” Ireneuszu Lorencu, jeszcze długo będą ubarwiać opowieści walki o pierwszą ligę i debiut w niej.

**************************
Ireneusz LORENC (Ur. 1955 roku). Napastnik, skrzydłowy. Kluby: Zagłębie Lubin, Motor Lublin, S.C. Kassel (Niemcy), Śląsk Wrocław, Stilonu Gorzów. Po zakończeniu kariery pracował jako trener, prowadził nawet przez pewien czas klub w II lidze. Najlepszy okres w karierze to gra w Motorze Lublin, dla którego w I lidze rozegrał 56 spotkań i strzelił 6 goli.

LEKSYKON lp / hs

Tagi:

Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.